Puchar Włoch: sukces zrodzony w bólach, Milan w półfinale!
wikimedia commons

Puchar Włoch: sukces zrodzony w bólach, Milan w półfinale!

  • Dodał: Bartosz Przyłucki
  • Data publikacji: 28.01.2020, 23:40

A.C. Milan pokonuje u siebie po dogrywce Torino w ramach 1/4 Puchary Włoch 4:2 (1:1) i przechodzi do półfinału. Bramki dla gospodarzy zdobyli Bonaventura, Ibrahimović i dwie Çalhanoğlu. Dla gości - również dwukrotnie - trafiał Bremer. Krzysztof Piątek spędził na placu gry 65. minut i zapamiętany zostanie głównie ze "skrobania" stoperów Torino po kostkach.

 

Świętej pamięci Kazimierz Górski zwykł mawiać, iż "Jak się szczęście zaczyna powtarzać, to już to nie jest szczęście". Powiedzenie niezwykle w futbolu trafne, zazwyczaj w większości sytuacji.... no właśnie większości. Patrząc na grę Milanu od dobrych paru tygodni można było się zastanawiać kiedy ta fura szczęścia im się wyczerpie - bo o tym, że to nie tylko fura szczęścia, a konsekwentne budowanie formy i pięcie się coraz wyżej mowy być nie może. Choć "Rossoneri" nie wyglądają jak bolid na miarę Formuły 1, to silnik i skrzynia biegów zdają się współpracować coraz lepiej. Co więcej mecz z rozbitym ostatnio przez Atalantę Torino, powinien być więc idealnym spotkaniem ażeby silnik i skrzynia biegów "dotrzeć". 

 

Gospodarze zaczęli bardzo nerwowo, już w pierwszej akcji piłkę do bramki Donnarummy mógł wpakować Belotti, napastnikowi Torino zabrakło jednak przytomności, gdyż dał sobie futbolówkę wyłuskać. Milan bardzo długo zbierał się do "odpowiedzi", ale jak się już zebrał, to od razu skutecznie. W 12. minucie prowadzenie podopiecznym Pioliego dał Bonaventura wykorzystując znakomite płaskie zagranie w pole karne Rebicia, wcześniej znakomicie piłkę w środku pola wyłuskał Castillejo. Na pytanie dlaczego w kolejnych minutach "Rossoneri" nie zdołali udokumentować swojej przewagi - podwyższając prowadzenie - znają zapewne tylko oni. Mieli bowiem zespół z Turynu jak na tacy. Podopieczni Waltera Mazzariego snuli się po boisku jakby w głowach ciągle rozgrywali spotkanie z Atalantą. . Milan klasycznie, przeważał, sprawiał nawet wrażenie drużyny, która cieszy się grą, dużo miejsca, ale cały czas brakowało tej kropki nad "i". Dwoił się i troił podbudowany ostatnimi znakomitymi występami Rebić, kreując kolegom sporo sytuacji - Piątek, Castillejo, czy po raz kolejny Bonaventurze. Jak to jednak bywa w futbolu "niewykorzystane sytuacje lubią się mścić", nie inaczej było również tym razem. Głupią stratę na 30. metrze zanotował Bennacer, piłkę przejął Verdi, wrzucił mięciuteńko w pole karne, gdzie - niczym rasowy snajper - akcję wykończył Bremer. W końcówce pierwszej połowy znów impuls dał Rebić, który szarpał raz to z prawej, raz z lewej, nie rzadko i środkiem boiska. W 42. minucie Chorwat umieścił nawet piłkę w siatce, ale podający mu Piątek zagrał w "siatkówkę" i do przerwy utrzymywał się remis.

 

W drugiej połowie - choć na boisku pojawiły się te same zespoły - wszystko działo się w slow-motion. Poza doskonałą okazją Berenguera z 49. minuty i równie niecelną odpowiedzą Romagnoliego w 58. na boisku panował chaos. Wróciły stare demony, "Rossoneri" biegali bez ładu i składu, bez pomysłu, na boisku snuł się Piątek, którego nieporadność i zagubienie aż biło w oczy. Zmiana Polaka na Ibrahimovicia dała niewiele, bo Szwed, choć mniej zagubiony był kompletnie odcięty. W końcu - klasycznie - Milan dostał "gong". na lewej stronie  z Contim "zatańczył" Aina, zbiegł do środka i celnie dośrodkował na głowę Bremera. Brazylijski stoper celnie główkował dając Torino prowadzenie. Kolejne dwadzieścia minut minęło w formule "bicia głową w mur" - w wykonaniu Milanu rzecz jasna. "Rossoneri" długo, bardzo, bardzo długo ograniczali się do posyłania "lagi" w kierunku Ibrahimovicia, albo zagrywania na skrzydło do Suso Castillejo, który po raz 17548 próbował celnie dośrodkować schodząc na lewą nogę. Oj skończyło by się to wszystko pośmiewiskiem, ba! Długo wydawało się, że "fura szczęścia" i "docieranie" poszczególnych elementów mechanicznych maszyny Pioliego dziś zwyczajnie pójdzie w diabły. Ale wtedy wszedł on, cało na czarno-czerwono i stał się bohaterem, a potem ukąsił - najpierw dając arcyważne wyrównanie, a później arcyważne prowadzenie - Hakan Çalhanoğlu. Po bramce Turka na 2:2, Milan w ciągu kolejnych dwóch minut stworzył sobie więcej sytuacji niż przez całą drugą połowę. W dogodnych do zdobycia goli sytuacjach znajdowali się kolejno Leão, Rebić i dwukrotnie Ibrahimović - nie trafiając m.in. z trzech metrów do pustaka. Remis, koniec czasu regulaminowego, pora więc na dogrywkę. 

 

Pierwsza część dodatkowego czasu gry była rodem wyjęta z boiska pobliskiej podstawówki. Obie ekipy przeszyły na grę tylko dwoma formacjami - obroną i atakiem - zostawiając w środku pola ogromną dziurę. I choć Torino szukało swoich okazji, a przy odrobinie szczęścia nawet by je znalazło, to "krew" wyraźnie poczuł Milan. Na tyle mocno, że tuż po zmianie stron postanowił zamknąć te zawody. W pierwszej akcji drugich piętnastu minut, najpierw trafił wspomniany już Çalhanoğlu, a 120 sekund później "Ibra". Torino już się nie podniosło.

 

 

 

A.C. Milan - Torino FC 4:2 (1:1)

Bramki: 12' Bonaventura, 90+1', 106' Çalhanoğlu, 108' Ibrahimović - 34', 71' Bremer

A.C. Milan: Donnarumma - Conti, Kjaer, Romagnoli, Hernández - Castillejo, Bennacer, Krunić (82' Çalhanoğlu), Bonaventura (76' Leão) - Piątek (65' Ibrahimović), Rebić (106' Kessié)

Torino FC: Sirigu - Izzo, N'Koulou, Bremer (83' Djidji) - De Silvestri (113' Laxalt), Rincón (113' Lyanco), Lukić, Aina - Verdi, Berenguer (90' Berenguer) - Belotti

Żółte kartki: 30' Hernández, 37' Rebić, 53' Kjaer, 74' Krunić, 93' Conti, 111' Ibrahimović - 22' Rincón, 38' Izzo

Sędziował: Fabrizio Pasqua (Tivoli)