Suzuki Puchar Polski: Anwil i HydroTruck pierwszymi półfinalistami
fot. Andrzej Romański/EBL

Suzuki Puchar Polski: Anwil i HydroTruck pierwszymi półfinalistami

  • Dodał: Igor Wasilewski
  • Data publikacji: 13.02.2020, 22:42

Wyłonieni zostali pierwsi dwaj półfinaliści Suzuki Pucharu Polski koszykarzy. W pierwszym ćwierćfinale HydroTruck Radom pokonał stołeczną Legię 85:58. Show skradli natomiast koszykarze Anwilu Włocławek, którzy po zaciętym, ale wygranym 87:81 boju ze Startem Lublin dołączyli do drużyny z Mazowsza.

 

Zmieniają się rozgrywki, w których udział bierze w tym sezonie koszykarska Legia, lecz nie zmienia się jej styl w pierwszych minutach po sędziowskim wyrzucie. Drużyna ze stolicy po raz kolejny już w tym sezonie miała 10-punktową stratę do rywala jeszcze zanim upłynęła połowa pierwszej kwarty. U przeciwnika bez zaskoczeń kluczową rolę odgrywał Obbie Troter. Amerykanin drygował grą radomian, to samemu kończąc akcję, to doprowadzając do czystych pozycji swoich kolegów. Nikogo w Arenie Ursynów nie mogło więc dziwić, że po pierwszych 10 minutach gry HydroTruck prowadził różnicą 11 punktów i wyglądał na drużynę o klasę lepszą.

 

Druga kwarta rozpoczęła się co prawda od punktów Kianu Pindera, jednak po chwili radomianie powrócili do tempa sprzed przerwy i powiększyli jeszcze przewagę. Ekipie Roberta Witki wychodziło niemal wszystko, a każdy rzut lądował u celu. Było tak nawet, gdy z dystansu szczęścia spróbował Wojciech Wątroba, który największe zagrożenie powinien stanowić przecież pod koszem. Legia po kolejnym czasie wziętym przez Tane Spaseva miała swój lepszy moment i zaczęła odrabiać nawet straty za sprawą trójek Jakuba Nizioła, ale im bliżej było do końca pierwszej połowy, tym częściej do głosu dochodzili radomianie. Ostatecznie celne rzuty z dystansu zmienników dziesiątej drużyny Polskiej Ligi Koszykówki pozwoliły przyjezdnym (mecze pucharu Polski rozgrywane są w Warszawie) schodzić do szatni z 20-punktową zaliczką.

 

Punktowa posucha rozpoczęła kolejną odsłonę pierwszego ćwierćfinału Pucharu Polski. Strzelecką niemoc "z gry" po prawie czterech minutach przełamał dopiero Michał Michalak. Na jego barkach miał od samego początku spoczywać ciężar zdobywania punktów, zważając na absencję dwóch czołowych graczy ze stolicy: Milana Milovanovicia oraz Filipa Matczaka. Wychowanek klubu z Pabianic nie zawodził i szybko notował przy swoim nazwisku "dwucyfrówkę" , jednak wobec znacznie lepszej organizacji gry HydroTrucka nie wystarczało to nawet na zbliżenie się do radomian. W wysokiej formie wciąż był bowiem amerykański duet Trotter/Camphor, który koncertowo rozdysponowywał piłki do kolegów z zespołu.

 

Ostatnia kwarta była jedynie formalnością. Pewny wygranej trener Witka mógł skupić się na oszczędzaniu energii swoich czołowych graczy. Mimo pojawiania się na parkiecie zmienników Radom powiększał różnicę, która na koniec wynosiła prawie 30 punktów (58:85).

 

Po meczu szkoleniowiec Hydrotrucka chwalił swoich podopiecznych, a szczególną uwagę poświęcał graczom obwodowym. - To oni wypracowywali dziś mnóstwo czystych pozycji, z których trafialiśmy - mówił Witka. Z zupełnie innym nastrojem przyszedł na konferencję prasową szkoleniowiec ekipy z Warszawy. - Kiedy trening nie jest na odpowiednim poziomie, mecz nie może być wygrany - narzekał Macedończyk, który niepoprawności zajęć doszukiwał się nie tylko w absencji dwóch czołowych graczy, ale też w zaangażowaniu swoich zawodników.

 

Legia Warszawa - HydroTruck Radom 58:85 (9:20, 19:28, 18:15, 12:22)

 

Legia: Sebastian Kowalczyk 2, Mariusz Konopatzki 2, Patryk Nowerski 2, Michał Michalak 13, Jakub Nizioł 14, Kahil Dukes 13, Adam Linowski 4, Kianu Pinder 8, Jakub Sadowski, Przemysław Kuźkow

 

HydroTruck: Marcin Piechowicz 12, Obie Trotter 8, Rod Camphor 18, Adrian Bogucki 8, Carl Lindbom 15, Krystian Tyszka 1, Daniel Wall 3, Aleksander Lewandowski 4, Wojciech Wątroba 9, Filip Zegzuła 7

 

O ile kibice koszykówki w Polsce mogli przywyknąć już do słabych początków stołecznej drużyny, o tyle dużym zaskoczeniem był niemrawy początek Startu Lublin. Podopieczni Davida Dedka w pierwszych akcjach na potęgę pudłowali z dystansu, a dynamiczny Anwil momentalnie zbudował 8-punktową przewagę. Przebieg wydarzeń zwolnił jednak po zderzeniu Mckenzie Moore'a i Grzegorza Grochowskiego. Obaj zawodnicy musieli opuścić plac gry, a po chwili jasnym stało się, że zarówno Polak jak i Amerykanin będą mieli problemy z ponownym pojawieniem się na parkiecie Areny Ursynów w czwartkowy wieczór. Przerwa zadziałała pozytywnie na lublinian, którzy odrobili nieco strat, lecz po chwili znów musieli stawić czoła naoliwionej włocławskiej machinie powracającej do swojego rytmu. Ta utrzymała różnicę z pierwszych minut, kończąc pierwszą kwartę wynikiem 25:18.

 

Twardą grę obu zespołów widać było nie tylko na parkiecie, ale też na tablicy wyników. Tylko w pierwszej kwarcie zawodnicy obu drużyn popełnili aż 11 fauli, dodając kolejne 9 w drugiej odsłonie. Z siłowych pojedynków coraz częściej zwycięską ręką wychodzili jednak koszykarze z Lubelszczyzny. Jimmy Taylor i Bryton Lemar skutecznie przestawiali rywali w obronie, a w ataku wymuszali na Anwilu faule, dające łatwe punkty z zza linii rzutów wolnych. Gracze Igora Milicicia z czasem musieli więc pozwalać przeciwnikom z Lublina na więcej swobody. W konsekwencji Start nie tylko odrobił wszystkie starty, ale schodził na przerwę nawet z trzypunktową zaliczką.

 

Jeżeli można wybrać po jednym zawodniku z każdej ekipy, który imponował w kwarcie numer trzy to bez najmniejszego zawahania należałoby wymienić Kacpra Borowskiego i Michała Sokołowskiego. Pierwszy, nie tylko rzucał z dystansu, ale też wymuszał kolejne przewinienia na koszykarzach Anwilu, drugi natomiast "trzymał wynik" po stronie drużyny z Włocławka, będąc jednocześnie najlepiej punktującym na boisku. Trzecia odsłona była jednak nie tylko teatrem dwóch aktorów, ale regularną wymianą ciosów dwóch godnych siebie przeciwników. Prowadzenie wciąż należało jednak do Startu, który przedostatnią odsłonę kończył wynikiem 64:62.

 

Już pod koniec trzeciej kwarty coraz wyższą dyspozycję zaczął sygnalizować Szymon Szewczyk. Kapitan aktualnych mistrzów Polski trafił trójkę i pewnie prezentował się na linii rzutów wolnych. Podobnie zaczął ostatnią część gry, w której wprowadził dodatkowo wiele spokoju w szeregi Anwilu. Opanowania i chłodnej głowy brakowało natomiast po stronie lublinian. Po kilku spudłowanych rzutach niesportowy faul popełnił Taylor. Chwilę później limit przewinień wykorzystał Roman Szymański i sytuacja Startu stawała się nieciekawa. Moment słabości lubelskiej drużyny okazał się  być kluczowy w kontekście wyłonienia zwycięzcy drugiego ćwierćfinału. Obcokrajowcy zasilający szeregi drużyny z Włocławka z Ricky Ledo na czele dokończyli dzieła i domknęli całe spotkanie rezultatem 87:81.

 

Start Lublin - Anwil Włocławek 81:87 (18:25, 24:14, 22:23, 17:25)

 

Start: Brynton Lemar 18, Jimmy Taylor 3, Damian Jeszke 5, Mateusz Dziemba 19, Jacek Jarecki 3, Bartłomiej Pelczar 6, Karol Obarek, Kacper Borowski 12, Grzegorz Grochowski, Roman Szymański 2, Martins Laksa 13

 

Anwil: Chris Dowe 13, Ricky Ledo 8, Chase Simon 11, Adam Piątek, Krzysztof Sulima 2, Igor Wadowski, Shawn Jones 6, Rolands Freimanis 19, Michał Sokołowski 19, Szymon Szewczyk 8, Oliwier Bednarek, Mckenzie Moore 1