Kamil Małecki: "Zawsze walczę do końca" [wywiad]

Kamil Małecki: "Zawsze walczę do końca" [wywiad]

  • Dodał: Krzysztof Gostomczyk
  • Data publikacji: 07.01.2021, 20:21

Kamil Małecki jest jednym z najlepszych polskich kolarzy młodego pokolenia. W ubiegłym sezonie zajął 6. miejsce w klasyfikacji końcowej Tour de Pologne i był 4. na etapie Giro d'Italia. Na początku przygotowań do sezonu 2021 poważnie ucierpiał w wypadku na treningu.

Co sprawiło, że w wieku 24 lat pojawiłeś się w World Tourze? W peletonie kolarskim jest już sporo młodszych kolarzy od Ciebie. Od czego to zależy?

Kamil Małecki: Ciężko mi powiedzieć. Może nie byłem na tyle dobry, żeby szybciej się znaleźć w World Tourze. Nie ukrywam, że moje początki były bardzo ciężkie. Nie byłem najlepszym zawodnikiem, ale z roku na rok robiłem postęp i to doprowadziło mnie do drużyny WT. Są takie perełki za granicą, jak Remco Evenepoel, którzy w wieku 18 lat wygrywają wszystko. Od razu menedżerowie biorą ich do najlepszych zespołów i oni się rozwijają. Ja nie miałem takiego talentu jak Remco. U mnie to trwało dłużej, ale cieszę się, że mimo wszystko trafiłem do WT, bo to nie jest takie proste, żeby się tam znaleźć.


Czy jest duża różnica pomiędzy ściganiem juniorskim a seniorskim?

Jest bardzo duża. Jak ja przechodziłem z juniora do seniora, to jeździłem więcej kilometrów i były trudniejsze wyścigi. Lekko nie było. W pierwszym roku orlika na osiem wyścigów ukończyłem tylko dwa. To wskazuje, że przeskok był ogromny.

 

Czego wynikiem były ogromne sukcesy w poprzednim sezonie - de facto pierwszym seniorskim w World Tourze?

Wcześniejszy rok też miałem dobry. Wygrałem Bałtyk-Karkonosze Tour i Szlakiem Grodów Piastowskich. Cały czas meldowałem się w czołówce wyścigów w Polsce i za granicą. To był dobry rok, ale wiedziałem, że jak znajdę się w ekipie World Touru, to trzeba będzie zrobić dalszy postęp. Cały listopad, grudzień i styczeń spędziłem w Hiszpanii. Tam ciężko trenowałem. Pamiętam pierwsze zgrupowanie z CCC Team. Byłem chory - miałem problemy żołądkowe. Wszyscy spisywali mnie na straty. Nie mogłem dotrzymać tempa chłopakom, ale zawziąłem się i cały styczeń ciężko trenowałem. Chciałem pokazać, że należało mi się to miejsce w drużynie. Trafiłem z formą na początek sezonu. W pierwszym wyścigu - Etoile de Besseges - zająłem 3. miejsce na królewskim etapie, który kończył się pod górę. Potem byłem 10. w jeździe na czas. Następnie jechałem Murcię, gdzie pracowaliśmy na Josefa Cernego. Też zająłem 10. miejsce. Szkoda, bo byłem w formie i jak doszedłem do chłopaków, było ich czterech z przodu i pięciu z tyłu. Zacząłem od razu pracować. Józek był w drugiej grupie, a Valverde i Kamna byli z przodu. Chłopaki chcieli powalczyć o zwycięstwo, więc zacząłem pracować. Strzeliłem później i w „gruppetto” w kilku przyjechaliśmy z tyłu. Tam mogłem powalczyć o zwycięstwo, ale człowiek popełnia błędy. Jest młody i niedoświadczony, więc takie błędy się zdarzają. Czasami się nie kalkuluje. Oni odjeżdżali, więc dałem kilka zmian, żeby dojechać, ale potem gdzieś odcięło prąd. Nie miałem kiedy zjeść i musiało mnie odciąć. Później na etapie Giro bardzo pomógł mi Joey Rosskopf. Podczas odjazdu porozmawialiśmy ze sobą i ustaliliśmy taktykę. Po płaskim kontrolował Joey, a ja na górkach miałem przeskoczyć. Nie udało się wskoczyć na podium, ale 4. miejsce też jest świetne. Zwłaszcza, że pokonałem Bena Swifta, który jest mistrzem Wielkiej Brytanii i bardzo dobrym sprinterem, ale radzi sobie też na pagórkach. Enrico Battaglin w ogóle nie pracował, bo miał Jana Tratnika z przodu. Ja musiałem cały czas pracować, więc na finiszu było inaczej. Nie mam żadnych żali do niego, bo wiadomo, że walczy się o zwycięstwo dla drużyny.

 

Czy było zainteresowanie z różnych drużyn i co skłoniło Cię do przejścia do Lotto Soudal?

Ogólnie to nie podpisałem kontraktu z menedżerem i trochę zrobiłem błąd. Miałem tylko ofertę z Lotto Soudal. Cieszę się, że dołączyłem do belgijskiego zespołu. Dali mi szansę. Chcieli mnie wziąć do ekipy. Jak wyleczę kontuzję, to spłacę im to i ekipa będzie zadowolona. Bardzo mnie wspierają. John dzwoni do mnie często i mówi, że mam być cierpliwy, że wszystko się ułoży i wrócę do zespołu i będę mógł się jeszcze pościgać.

 

Czy miałeś już kontakt z Tomkiem Marczyńskim lub innymi kolarzami z Belgii?

Z Tomkiem miałem kontakt, ale z innymi jeszcze nie. Miałem być w grudniu na zgrupowaniu w Belgii, ale przez to, że się wywróciłem, to nie mogłem pojechać. Teraz od 8 stycznia chłopaki mają obóz w Hiszpanii, ale też na nim niestety nie będę. Będziemy mieć jeszcze jakieś zgrupowania później. Jeśli w marcu pogoda w Polsce będzie pozwalała, to już będę pewnie próbować swoich sił w kraju, a jak nie, to wyjadę gdzieś za granicę trenować. Pisał do mnie też Karol Domagalski. On miał bardzo poważną kontuzję, bo uderzył na Małopolskim Wyścigu Górskim w betonowy przepust. Podobnie jak Bjorg Lambrecht, ale Karol miał wyższą prędkość. Karol spędził ok. 50-60 dni w szpitalu, a 35 dni w śpiączce. Teraz już wrócił do ścigania. Trzeba chcieć i wtedy wszystko się uda.

Jak wyglądał twój wypadek?

Od razu po wypadku siedziałem na asfalcie. Zauważyłem, że obojczyk jest złamany. Chciałem się otrzepać i pojechać dalej, ale próbowałem wstać i nie dałem rady. To było najgorsze. Po chwili zacząłem czuć ogromny ból w miednicy. Położyłem się na lewą stronę na asfalcie, bo prawa cała połamana i leżałem prawie godzinę do przyjazdu karetki. To nie były fajne chwile. Dobrze, że to nie było daleko od grupy kolarzy. Od razu przynieśli mi koc, a ja i tak się trząsłem, bo było mi bardzo zimno. Jak już karetka przyjechała, to dostałem zastrzyk przeciwbólowy i była ulga, bo nic się nie czuło.

Jak się goją rany? Co mówią najnowsze wyniki badań?

Tydzień temu miałem tomografię komputerową miednicy. Niestety, nie ma jeszcze zrostu w kościach. Tak że dalej czeka mnie wyciąg, żeby kość udową odciągnąć od biodra. Trzeba czekać, bo to jest jedyne rozwiązanie. Za dwa tygodnie będę miał kolejną tomografię i mam nadzieję, że już będę miał pozytywne wiadomości, że będą mogli mi już to zdjąć i będę mógł zacząć rehabilitację i zbierać się do domu. Obojczyk się złapał, ale niestety kość jest pod kością. Jeśli nie będzie mi to przeszkadzać w normalnym funkcjonowaniu, to będzie dobrze, a w przeciwnym przypadku konieczne będzie nastawienie. Nie powinienem mieć z tym problemu w przyszłości. Pierwszy raz jestem połamany. Mam nadzieję, że to już ostatni raz. Nic fajnego spędzić tyle czasu w szpitalu. Nikomu nie życzę takiego czegoś. Mocno uderzyłem w asfalt głową, a nic mi się nie stało, dlatego warto zakładać kask na rower.

Czy uważasz, że po upadku będziesz miał stres przed wejściem na rower?

Ciężko powiedzieć. W tym roku na Giro wywróciłem się na czasówce w pierwszym etapie. Potem odczuwałem lęk na zjazdach. Nie ryzykowałem tak jak inni kolarze. Traciłem na tym dużo energii, bo za zakrętem trzeba było gonić. Nawet czasami trzeba było dawać fulla, żeby dołączyć. Mam nadzieję, że nie będzie tego lęku i że wrócę do tego, co było wcześniej. W kolarstwie to ważne, żeby być pewnym siebie.


Co sprawiło, że twój talent doprowadził Cię do czołówki polskich kolarzy?

Mój charakter i upór. Uważam, że talentu dużego nie mam, a ciężką pracą można osiągnąć wiele. Dużo poświęciłem dla kolarstwa w ostatnim czasie i to doprowadziło mnie do tego, że mogę walczyć z najlepszymi na świecie. To jest dla mnie duże wyróżnienie. Kiedyś myślałem, że tylko będę ich oglądać w telewizji, a teraz stoję z nimi na starcie jak równy z równym. Nie zawsze tak jest, bo po dużych górach nie dam rady z najlepszymi kolarzami przejechać, ale jest okazja i jestem z tego bardzo zadowolony. Polskie góry są inne niż za granicą. Na Tour de Pologne to jeszcze kibice niosą. W tym roku za dużo ich nie było, ale na Gliczarowie mogli mnie dopingować i to dużo dawało. To była dla mnie szansa na osiągnięcie sukcesu. Dyrektor sportowy też to widział i mnie dopingował z tyłu. Czasami jechałem na limicie. Strzelałem, a chwilę później dochodziłem do czołówki. Nie poddałem się. Dalej walczyłem, bo wiedziałem, że jest szansa. Gdzieś zwolnią, będą mieli jakąś chwilę zawahania i pojawi się szansa, żeby zawalczyć. Zawsze walczę do końca i się nie poddaję.

Czy po Tour de Pologne wzrosła twoja rozpoznawalność?

Nie zależy mi na rozgłosie. To nie jest dla mnie. Ja się cieszę, że mogę komuś sprawić przyjemność i dawać emocje. Czy ludzie mnie kojarzą, to nie ma dla mnie najmniejszego znaczenia. Na pewno więcej osób poznało moje nazwisko, ale liczy się to, żeby swoim kibicom dawać emocje i żeby wspólnie cieszyć z moich sukcesów.

Krzysztof Gostomczyk – Poinformowani.pl

Krzysztof Gostomczyk

Mieszkaniec Kaszub zakochany w sporcie.