LEC: kręta droga samurajów [FELIETON]
Michal Konkol

LEC: kręta droga samurajów [FELIETON]

  • Dodał: Hubert Dondalski
  • Data publikacji: 02.09.2021, 13:25

Pod koniec zeszłego roku, w noc sylwestrową każdy życzył sobie przede wszystkim spokoju w nowym, 2021. Mniej zaskoczeń. Czy tak do tej pory było? Cóż, patrząc wstecz, można rzec, że nie. Leo Messi odszedł z FC Barcelony, Polska o dziwo nie wygrała Euro 2020, George Russell zdobył swoje pierwsze punkty po trzech latach kariery, a Martin "Rekkles" Larsson wraz z G2 Esports nie awansował na Mistrzostwa Świata w Chinach. Po głębszym namyśle można by dojść do wniosku, że ten ostatni przypadek wcale nie był aż tak ogromnym zaskoczeniem.

 

Miłe złego początki

Każdy wie, jak ta historia się zaczęła. W listopadzie 2020 roku świat obiegła szokująca informacja – Martin “Rekkles” Larsson po wielu latach spędzonych w Fnatic, które śmiało mógł nazwać swoim domem, rodzinom oraz drugą połówką, postanowił nie przedłużać kontraktu i zostać wolnym agentem. W tym samym czasie po wielu latach miłości i sukcesów Luka "Perkz" Perković opuścił szeregi G2 Esports, wybierając się za ocean. Było więc jasnym, jaką koszulkę przywdzieje Szwed. Nim się obejrzeliśmy, a już legendarny strzelec dumnie prezentował barwy Samurajów, od razu został twarzą marketingową maszyny Carlosa "Ocelote’a" Rodrigueza i dumnie głosił hasła o tym, że przyszłoroczne mistrzostwa świata wrócą do domu, a na legendarne już “and I will” każdy fan z Europy dostawał gęsiej skórki.

 

Początek wiosennego splitu wyglądał niesamowicie w wykonaniu podopiecznych Fabiana "Grabbza" Lohmanna. Każdy przeciwnik był niszczony w iście efektownym i efektywnym stylu. Już wtedy pojawiały się głosy, że G2 Esports pewnie zmierza po trofeum LEC i w sumie już może kupować bilety pierw do Rejkiawik, potem do Chin (jak się okazało, jednak do Europy). Teraz to wydaje się dziwne, wtedy stawianie pieniędzy na taki sukces wydawało się tak dobrą inwestycją, jak rzucenie szkoły, wzięcie kredytu i wybudowanie bliźniaka w stanie surowym. Fazę regularną Rekkles i spółka zakończyli na pierwszym miejscu z wynikiem 14-4. Całkiem przyzwoity rezultat. Cała ta bajka zaczęła się zmieniać od fazy pucharowej. Już w pierwszym meczu G2 Esports męczyło się z Schalke04 i rzutem na taśmę wygrało 3-2. Dalej było tylko gorzej. Porażka z przyszłymi mistrzami Europy 1-3, czyli z MAD Lions oraz porażka 1-3 z Rogue sprawiły, że powoli zaczęły pojawiać się wątpliwości. No ale hej, to tylko wiosna, na lato, najważniejszy split, który rozdaje bilety na Mistrzostwa Świata, ten cudowny skład dojedzie i z łatwością poradzi sobie z rywalami. Prawda?

Otóż nie tym razem.

 

Lato wyglądało bardzo źle do pewnego momentu. Fani teorii spiskowych twierdzą, że zmiana w grze nastąpiła przez zgolenie włosów przez Rasmusa "Capsa" Winther. Cóż, możliwe. W każdym razie końcówka fazy regularnej przywróciła nadzieję fanom Samurajów na wymarzony rezultat w fazie pucharowej. Jak tu się skończyło, każdy wie. Po raz pierwszy w historii organizacji G2 Esports nie pojedzie na mistrzostwa świata. Nie wygra żadnego trofeum, nawet nie zagra w finale LEC. Wynik wynikiem, jednakże zastanówmy się przez chwilę, co tak naprawdę zawiodło?

 

Dlaczego?

Powodów tej porażki jest z pewnością kilka. Najważniejszym dla mnie faktem jest to, że wraz z odejściem Perkza, twarzy organizacji, najlepszego gracza w historii Europy z drużyny zniknął kapitan. Osoba, która prowadzi swój zespół. Na przestrzeni tych dwóch splitów odnosiłem wrażenie, że w tej napakowanej gwiazdami drużynie po prostu brak gościa, który w kryzysowym momencie weźmie na siebie ciężar całej rozgrywki i poprowadzi swoich kolegów. Owszem, zamiana Chorwata na Szweda w samej kwestii jakości i umiejętności była wzmocnieniem, w końcu ściągnięty został najlepszy ADC w historii Starego Kontynentu. Jak już pokazał czas i okres w Fnatic, Rekkles nie jest postacią, która może być kapitanem.

 

Jest mimo wszystko wyjątek od tej reguły. W piłce nożnej np. legendarny kapitan FC Barcelony – Carles Puyol odszedł ze swojego klubu w 2014 roku, kończąc tym samym swoją długą, piękną karierę. Rok później Duma Katalonii świętowała potrójną koronę. Do czego dążę? Do tego, że w formacji G2 Esports brakowało przede wszystkim topowej formy kluczowych graczy. Przede wszystkim mam ogromny żal do Martina "Wundera" Hansena. Niegdyś najlepszy nasz toplaner na zachodzie, niesamowita bestia. Obecnie jeden z najgorszych toplanerów w lidze, będącym cieniem samego siebie od roku. Kamyczkiem do ogródka Duńczyka z pewnością jeszcze jest sytuacja z finału, gdy został zniszczony przez młodego Adama "Adama" Maanane'a. W jednej z map młody Francuz zdecydował się na Olafa, na którego według Wundera nie było warto trenować. Z pewnością forma obecnego toplanera G2 zasmuca fanów tej organizacji. Nieobecnym przez większość sezonu był również Caps, który już od dawna nie jest najlepszym midlanerem w lidze. Brakowało Duńczyka z pewnością, tak samo, jak wspierającego, czyli Mihaela "Mikyxa" Mehle'a. Wszystkie te braki i słabe prezencje powodowały, że będący w dobrej formie Marcin "Jankos" Jankowski nie mógł grać swojej gry. Zazwyczaj musiał pojawiać się na górnej, środkowej i dolnej alei, aby gasić pożary, które wzniecali jego koledzy z drużyny. Nie mogę też przejść obojętnie obok osoby Rekklesa - pomimo świetnej wiosny, po której został MVP ligi, Szwed nie pokazywał się tak, jak oczekiwali od niego fani Samurajów. Grał poprawnie, ale od gwiazdy takiego formatu niestety oczekuje się cudów. Ostatnim z problemów stricte związanych z organizacją było też słabe zrozumienie mety, która obecnie jest  szeroka oraz otwarta. Brakowało w draftach ognia, a same wybory postaci były co najwyżej średnie.

 

Miejsce, które zajęło G2 Esports na koniec lata, nie jest spowodowane tylko własnymi problemami. Trzeba być ślepym, aby nie zauważyć, jak inne organizacje ruszyły do przodu. Przede wszystkim trzeba się pochylić i ukłonić się nowym królom Europy - MAD Lions jest niesamowitą drużyną, której styl gry wygląda jeszcze lepiej, niż wiosną. Patrząc na inne ekipy, uważam, że jest to nasz najlepszy kandydat do walki z chińskimi tytanami. Podobnie można powiedzieć o Fnatic, które przeżyło swój drugi renesans po odejściu Rekklesa. Jest to niesamowicie zgrana grupa, która wspięła się na wyżyny umiejętności latem, a samo przebranżowienie Gabriela "Bwipo" Rau na dżunglera było ruchem z tych określanych mianem 200 IQ. No i mamy jeszcze Rogue, które dalej jest bardzo dobrą drużyną, której po prostu słabo poszło w fazie pucharowej. Przynajmniej taką mam nadzieję i liczę na jeszcze lepszy wynik na Mistrzostwach Świata.

 

A może limit szczęścia organizacji Ocelote’a się skończył? Może po trzech latach równego plucia w twarz fanom Fnatic, graczom, organizacji los przekorny zagrał w pokera – raz oddał, raz zabrał? Ile już tego było - odejście Capsa, niezliczona ilość porażek w seriach finałowych LEC, gdzie Fnatic było niszczone, na koniec potężny liść w twarz związany z odejściem Rekklesa. Może po prostu los powiedział dość i zadał bolesny cios w najbardziej niespodziewanym momencie? Z tym pytaniem zostawiam już was samych, drodzy czytelnicy.

 

To był bardzo długi sezon. Sezon, który miał zostać zdominowany przez G2 Esports. Skład ten przecież na pierwszy rzut oka był pomnikiem idealnym, nieskazitelnym, gotowym do podboju serc fanów oraz całego świata. Jak się okazało, pomnik ten miał koniec końców więcej pęknięć, niż nam się wydawało. Myślę, że nie warto go remontować i podklejać. Warto zbudować nowy, na starych fundamentach. Jednego jestem pewien – banda Ocelote’a wróci. A jak już wróci, to nie będzie co zbierać.

Hubert Dondalski

Student dziennikarstwa na Uniwersytecie Szczecińskim. Od dziesięciu lat w toksycznym związku z Arsenalem Londyn. Fanatyk esportu.