Tour de France: podsumowanie pierwszego tygodnia wyścigu
filip bossuyt from Kortrijk, Belgium, CC BY 2.0 , via Wikimedia Commons

Tour de France: podsumowanie pierwszego tygodnia wyścigu

  • Dodał: Kacper Adamczyk
  • Data publikacji: 11.07.2022, 13:00

Drugi dzień przerwy podczas tegorocznego Tour de France skłania do pierwszych podsumowań i wyciągnięcia wniosków. Dotychczasowe etapy dostarczyły bowiem ciekawych informacji na podstawie, których można prowadzić dyskusję odnośnie dalszego przebiegu Wielkiej Pętli. 

 

Tegoroczny wyścig dookoła Francji rozpoczął się po raz pierwszy w historii w Danii i trzeba przyznać, że z organizacyjnego i kibicowskiego punktu widzenia były to fantastyczne trzy odcinki. Niestety gorzej było z emocjami. O ile rozgrywana w deszczu jazda indywidualna na czas momentami okazywała się wręcz bardzo interesująca, to następne dwa etapy ze startu wspólnego zawiodły. Na wysokości zadania nie stanęła nawet natura, ponieważ oczekiwany przez wszystkich wiatr nie wiał z odpowiedniego kierunku i z należytą siłą, by podzielić peleton. Trzeba za to przyznać, że pozytywnie na pierwsze trzy dni z Tour de France wpłynęła, otwierająca ściganie "czasówka". Ułożyła ona początkowo klasyfikację generalną, co zapobiegło większej nerwowości kolarzy na początku trzytygodniowego touru. W zeszłym roku, gdy na pierwszych etapach Wielkiej Pętli było wiele kraks i ogromne nerwy wśród kolarzy, Michał Kwiatkowski apelował do organizatorów, by co roku Tour de France otwierała jazda indywidualna na czas, która ułożyłaby początkowo hierarchię w peletonie i klasyfikacji generalnej, co miało wpłynąć na mniejszą liczbę kraks. Po tegorocznej edycji  będzie można stwierdzić, że Polak miał rzeczywiście rację. 

 

Na dotychczasowej trasie 109. edycji Wielkiej Pętli uwagę zwraca również liczba państw, przez które przejeżdżał peleton, bo były to: Dania, Francja, Belgia i Szwajcaria. Poza tym należy przyznać, że profile poszczególnych odcinków były urozmaicone. Bezsprzecznie najciekawszy był etap numer pięć, z Lille do Arenbergu, który prowadził przez bruki. Na tym odcinku działo się najwięcej, wielu faworytów miało kłopoty, na trasie panowało olbrzymie zamieszanie, a kibice otrzymali sporą dawkę emocji. Ten etap dowiódł, że każdego roku przynajmniej jeden dzień kolarze powinni spędzić w takim terenie. W końcu w zamyśle organizatorów Tour de France ten wyścig powinien wyłonić najbardziej wszechstronnego zawodnika. Taki kolarz powinien być bardzo dobry w każdej specjalności, czy to góry, jazda indywidualna na czas, pagórki, czy bruki. Będę bardzo mocno zdziwiony, jeśli w przyszłym roku tego ostatniego elementu zabraknie, ponieważ organizatorzy Wielkiej Pętli dostali w tym roku odpowiedź, że taki rodzaj etapu gwarantuje emocje, a o to w sporcie przecież chodzi. 

 

W umownym, pierwszym tygodniu Tour de France dużym zdziwieniem była postawa francuskich drużyn, które przystąpiły do tegorocznej edycji dzięki dzikim kartom. Mowa tutaj o ekipach: B&B Hotels - KTM, Totalenergies i Team Arkea - Samsic. Symptomatyczne dla ich postawy jest to, że żadna z nich ani razu nie zdobyła jeszcze czerwonego numeru, a także bardzo rzadko prezentowały się w ucieczkach, z czego pewnie nie są zbytnio zadowoleni ich sponsorzy. Ich jazda była też jednym z czynników, który złożył się na to, że tak mało odjazdów dojechało do tej pory do mety (dwa takie przypadki). Na pewno również francuscy fani kolarstwa liczą na większą aktywność ich ekip z niższej dywizji w kolejnych częściach Wielkiej Pętli. 

 

Bohaterowie pierwszego tygodnia

 

Z trójki zawodników, których chciałbym wyróżnić po pierwszym tygodniu Tour de France na pierwszy ogień idzie lider wyścigu Tadej Pogacar (Słowenia, UAE Team Emirates). Zwycięzca dwóch ostatnich edycji wyścigu zaczął tegoroczną Wielką Pętlę od dobrego, trzeciego miejsca w jeździe indywidualnej na czas, w deszczowej Kopenhadze. Następnie Słoweniec jechał spokojnie przez następne trzy, łatwiejsze etapy. Potem zaimponował wszystkim na piątym, brukowanym odcinku, gdzie zademonstrował ogromną moc, mimo tego że etapu nie wygrał, a nad innymi kandydatami do wysokich w miejsc w klasyfikacji generalnej zyskał tylko kilkanaście sekund. Był to jeden z jego pierwszych kontaktów w oficjalnych wyścigach z tego typu terenem, a zaprezentował się tak, jakby miał ukończone na wysokich pozycjach już kilka edycji Paryż - Roubaix. Następnie przyszły odcinki numer siedem i osiem, które Słoweniec wygrał. Po pierwszym z nich założył żółtą koszulkę lidera i nadal ją dzierży. Po dniu na brukach Pogacar pokazał moc w pagórkowatym terenie, a także w sprincie z okrojonego peletonu, aż wreszcie na trudnym i długim podjeździe. Widać w nim ogromną determinację, chce wyciągnąć z tej edycji jak najwięcej, wygrywać etapy, nie oddawać koszulki lidera, a także po prostu dobrze się bawić. To właśnie samotna pogoń kolarzy UAE Team Emirates umożliwiła Pogacarowi zwycięstwo na La Super Planche des Belles Filles, a także obronę koszulki lidera na wczorajszym etapie. Wiele drużyn w wielkich tourach nie chce mieć w swoim składzie posiadacza koszulki lidera i najchętniej przejęłoby ją na ostatnim odcinku. W końcu żółty trykot w drużynie to obowiązki i większa eksploatacja całego zespołu. Widać, że Pogacar i UAE Team Emirates się takiej pracy nie boją, a Słoweniec wygląda na bardzo mocnego kolarza, którego pokonać będzie piekielnie trudno. Jeśli Pogacar na Pola Elizejskie nie wjedzie w żółtej koszulce, będzie to co najmniej niespodzianka. 

 

Wout van Aert (Belgia, Jumbo - Visma) podczas tegorocznej Wielkiej Pętli musiał  wykazać się sporą cierpliwością. Na pierwszych trzech etapach zajmował za każdym razem drugą lokatę. Wreszcie przyszedł odcinek numer cztery, gdzie Belg okazał się bezkonkurencyjny po solowym ataku. Kolarz drużyny Jumbo - Visma już po drugim etapie przejął w swoje posiadanie koszulki lidera klasyfikacji generalnej i punktowej. Na piątym odcinku poświęcił się dla liderów swojej drużyny, wspierając ich na brukach, a poważne problemy mieli wtedy Primož Roglič (Słowenia) i Jonas  Vingegaard (Dania). Belg w koszulce lidera wyścigu wziął pod opiekę Duńczyka i dowiózł go do mety na dobrej pozycji, zachowując jednocześnie żółty trykot. Zapracował sobie na to własnym wysiłkiem, a przecież wcześniej sam w tym dniu leżał w kraksie. Następnego dnia van Aert zastosował najbardziej absurdalny manewr pierwszego tygodnia ścigania. Belg w żółtej koszulce lidera postanowił zabrać się do ucieczki. Udało mu się to, ale razem z nim w odjazd pojechało zaledwie dwóch innych kolarzy. Poświęcił całą swoją energię, by jak najdłużej utrzymać się przed peletonem, a został dogoniony jedenaście kilometrów przed metą. Ta akcja kosztowała go utratę koszulki lidera wyścigu. Gdyby Belg pozostał w głównej grupie albo do niej wrócił, kiedy zorientował się, że ta ucieczka nie ma szans powodzenia, to pozostałby liderem i miałby duże szanse na kolejny etapowy triumf.  Van Aert skupił się teraz na swoim pierwotnym celu, czyli walce o zieloną koszulkę lidera klasyfikacji punktowej. Trzeba przyznać, że w tej rywalizacji jest na znakomitej pozycji, ponieważ po pierwszym tygodniu ma aż 135 punktów przewagi nad Fabio Jakobsenem (Holandia, Quick - Step Alpha Vinyl Team). Przypomnijmy, że Belg w sobotę w Lozannie ponownie triumfował. Van Aert może śmiało rywalizować z Pogacarem o miano najbardziej uniwersalnego kolarza 109. edycji Tour de France. Belg bardzo dobrze jeździ na czas, po brukach, finiszuje na odcinkach płaskich, pagórkowatych, a przed rokiem pokazał, że i w górach przy dobrym dniu może walczyć z specjalistami od tego terenu (Belg rok temu wygrał etap, który przejeżdżał przez słynne Mont Ventoux). Zanosi się na to, że zawodnik Jumbo - Visma będzie też najbardziej zapracowanym kolarzem tegorocznej Wielkiej Pętli. W końcu van Aert walczy w sprinterskich finiszach, na lotnych premiach, a także w każdym terenie wspiera liderów swojej drużyny. Oby Belgowi starczyło sił na cały wyścig, bo dla niego nie ma mniej ważnych odcinków. 

 

Trzecim zawodnikiem, zasługującym na wyróżnienie po pierwszym tygodniu ścigania jest Magnus Cort Nielsen (Dania, EF Education Easypost). Duńczyk znajdował się w ucieczce dnia na etapach od drugiego do piątego, dwa razy zostając nagrodzony czerwonym numerem dla najbardziej walecznego kolarza. Cort przez siedem etapów zakładał koszulkę lidera klasyfikacji górskiej (stracił ją dopiero wczoraj na rzecz Simona Geschke). Poza tym zajął jedenastą pozycję w kopenhaskiej "czasówce" oraz był piąty na brukowanym odcinku. W dodatku Duńczyk próbował walczyć o znalezienie się w odjeździe też na innych etapach. Jego ochota do jazdy nie może przejść niezauważona, zwłaszcza w peletonie, w którym brakowało innych aktywnych zawodników. Widać było, że w ostatnich dniach Cortowi brakowało już trochę sił, więc jemu dzień odpoczynku na pewno się przyda. Myślę, że na jakimś odcinku zobaczymy go jeszcze w akcji. 

 

Przegrani pierwszego tygodnia

 

Pierwszym zawodnikiem, który przychodzi mi na myśl, gdy zastanawiam się nad tą kategorią, jest oczywiście Primož Roglič (Słowenia, Jumbo - Visma). Dla Słoweńca czarnym dniem okazała się środa, kiedy upadł on na etapie z sektorami bruku. Roglič zwichnął sobie wtedy bark i musiał go samodzielnie nastawić w błyskawicznym tempie. Stracił wtedy około dwóch minut do Tadeja Pogacara i do końca tygodnia startował z bólem. Kluczowy dla Słoweńca będzie dzień przerwy, po którym ma on podjąć decyzję, czy jedzie w wyścigu dalej. Pozornie jego sytuacja nie wygląda tragicznie, ponieważ zajmuje jedenaste miejsce w klasyfikacji generalnej, tracąc do Pogacara dwie minuty i pięćdziesiąt dwie sekundy. Oznacza to jednak dla Roglicia praktycznie koniec marzeń o żółtej koszulce, a nawet w wewnętrznej hierarchii drużyny Jumbo - Visma spadek na drugie miejsce, bo liderem zespołu został Vingegaard. W związku z tymi czynnikami będę czekał na wtorkową decyzję Słoweńca. Na dzisiaj więcej wskazuje na to, że będzie on kontynuował ściganie. 

 

Z innych kandydatów do wysokich pozycji w "generalce" pierwszego tygodnia Tour de France do udanych nie zaliczą też np. Ben O'Connor (Australia, AG2R Citroën Team) czy Aleksander Własow (Bora - Hansgrohe). Pierwszy z nich, podobnie jak Roglič, zaliczył kraksę na brukowanym etapie i odczuł ją dużo mocniej, niż Słoweniec. Czwarty zawodnik ubiegłorocznej Wielkiej Pętli w ostatnich dniach zdecydowanie bardziej walczył z samym sobą, niż z rywalami, spadając na osiemdziesiątą szóstą pozycję w walce o żółtą koszulkę.  Z powodu bólu biodra można go było zobaczyć najczęściej na końcu głównej grupy i przy samochodzie dyrektora swojej ekipy. On również ma podjąć decyzję, co do dalszej rywalizacji w dniu przerwy, ale w tym przypadku zdziwię się, jeśli Australijczyk będzie kontynuować jazdę w tegorocznej Wielkiej Pętli. Własow też zaliczył upadek, ale na szóstym odcinku. Zapłacił za niego na La Super Planche des Belles Filles i wczoraj, gdy stracił kontakt z najlepszymi. Kolarz Bora - Hansgrohe był jednym z kandydatów do podium, ale obecnie jest dopiero dwunasty ze stratą trzech minut i dwunastu sekund do lidera. Jemu również przyda się dzień przerwy, by w pełni opatrzyć rany i dalej walczyć o jak najwyższe miejsce w "generalce". W końcu tegoroczny triumfator Tour de Romandie jeszcze może namieszać w 109. edycji Wielkiej Pętli. 

 

Na koniec fragmentu o przegranych pierwszego tygodnia Tour de France warto też wspomnieć o kolarzach o innej charakterystyce, niż ci co walczą w klasyfikacji generalnej. Mathieu van der Poel (Holandia, Alpecin - Deceuninck) pokazuje swoją jazdę, że łączenie startów w Giro d'Italia i w Wielkiej Pętli jest bardzo dużym wyzwaniem dla organizmu, z którym Holender na razie sobie nie radzi. Jedynym etapem, gdzie van der Poel spisał się dobrze była jazda indywidualna na czas w Kopenhadze. Tam był piąty. Potem ewidentnie nie czuł się najlepiej i starał się pomagać koledze z zespołu Jasperowi Philipsenowi, a przecież odcinki numer sześć i osiem idealnie odpowiadały jego charakterystyce. Jestem ciekaw, czy Holender jeszcze się podczas tegorocznego Tour de France odbuduje, ale jak dotąd jest rozczarowaniem. Podobnie traktuję dotychczasowy występ w Wielkiej Pętli Petera Sagana (Słowacja, Totalenergies). Trzykrotny mistrz świata próbował swoich sił na etapach sprinterskich, kończąc dzień najwyżej na czwartym miejscu. Nie był jednak widoczny, ani na brukach, ani na odcinkach pagórkowatych, odpuścił też już sobie walkę o zieloną koszulkę, którą wygrywał w karierze siedmiokrotnie. Widać po nim, że to nie ten Sagan, którego każdy fan kolarstwa chciałby oglądać. Może potrzebuje czasu na dojście do formy po kilkukrotnym przechorowaniu koronawirusa, ale wydaje się, że najlepszej wersji Słowaka już na szosach nie zobaczymy, a tegoroczne zwycięstwo na etapie Tour de Suisse dawało jeszcze taką nadzieję. 

 

Siła drużyn

 

Najsilniejsze ekipy tegorocznego Tour de France to bez wątpienia: UAE Team Emirates, Jumbo - Visma i Ineos Grenadiers. Po pierwszym tygodniu ścigania na szczycie mojego rankingu mocy ustawiłbym holenderski zespół, co nie jest dla mnie żadnym zaskoczeniem, bo już na papierze, przed startem, można ich było tak oceniać. Liderzy tej formacji, Jonas Vingegaard i Primož Roglič, mogą liczyć na wsparcie w każdym terenie. Na płaskich i pagórkowatych odcinkach swoją pracę wykonują Christophe Laporte (Francja) i Nathan van Hooydonck (Belgia), w trochę trudniejszym otoczeniu pałeczkę przejmują van Aert i Tiesj Benoot (Belgia), a w wysokich górach do dyspozycji liderów są Sepp Kuss (USA) oraz Steven Kruijswijk (Holandia). Trzeba pamiętać o tym, że Jumbo - Visma musi dbać również o zaspokojenie ambicji van Aerta, pomagając mu w walce o etapy i zieloną koszulkę, co angażuje siły. Na razie holenderska drużyna na dwóch górskich odcinkach była pasywna, co mogło być spowodowane słabszym samopoczuciem Roglicia. W środę i w czwartek kolarzy czekają dwa bardzo trudne, alpejskie etapy i tam można oczekiwać, że Jumbo - Visma spróbuje wykorzystać swoją moc i zaskoczyć UAE Team Emirates i samego Pogacara. Wydaje się, że ta ekipa jest w stanie narzucić takie tempo, by zgubić wszystkich pomocników lidera wyścigu (może poza Rafałem Majką). Osobiście tego od nich oczekuję, zwłaszcza że Vingegaard wydaje się być jedynym kolarzem, który może realnie zagrozić Pogacarowi, jeśli jego drużyna wykona odpowiednią pracę. 

 

Warto właśnie przejść teraz do ekipy lidera wyścigu. Sam Pogacar mówi, że ma najlepszą drużynę na świecie, która pozwoli mu rozgrywać tegoroczny Tour de France na własnych warunkach. Ja jestem jednak trochę innego zdania. Na początek warto powiedzieć, że UAE Team Emirates jedzie w Tour de France już tylko w siódemkę po wycofaniu się Vegarda Stake Laengena. Norweg otrzymał pozytywny wynik testu na COVID. Reszta zespołu w kontekście przyszłotygodniowych gór to duży znak zapytania. W słabszej dyspozycji wydają się być Mikkel Bjerg (Dania), Marc Hirschi (Szwajcaria) czy Marc Soler (Hiszpania). W swoim szczycie formy nie znajdują się też George Bennett (Nowa Zelandia) oraz Brandon McNulty (USA). Moim zdaniem jedynym, który stanie na wysokości zadania będzie Rafał Majka. Nie mówię o tym tylko, dlatego że to Polak, ale na to wskazują również dotychczasowe etapy. UAE Team Emirates ma niezłą drużynę pod kątem kontroli ucieczki czy dyktowania własnego, solidnego tempa na podmęczenie rywali. Mogą mieć jednak problem, gdy rytm będzie narzucać inny zespół lub kiedy będzie trzeba zrobić kolarską rzeź, ponieważ do tego obecnie przygotowany wydaje się być tylko Rafał Majka. 

 

Trzecim z drużynowych tuzów jest Ineos Grenadiers (lider klasyfikacji drużynowej tegorocznego Tour de France). Brytyjski zespół po pierwszym tygodniu zmagań ma trzech swoich kolarzy w czołowej "dziesiątce" klasyfikacji generalnej, w tym Gerainta Thomasa na trzecim miejscu. Myślę, że właśnie tę pozycję maksymalnie może zająć Walijczyk czy Adam Yates (Wielka Brytania), drugi z liderów brytyjskiej ekipy. Ineos trzeci rok z rzędu podczas Wielkiej Pętli mierzy się z następującym problemem. Mają oni bardzo dobrą ekipę, gotową podyktować odpowiednie tempo na górskich odcinkach, ale brakuje im zdecydowanego lidera, gotowego walczyć o zwycięstwie w całym wyścigu z kolarzami UAE Team Emirates i Jumbo - Visma. Było to widać w zeszłym roku, gdy chociażby Michał Kwiatkowski świetnie pracował dla Richarda Carapaza, ale Ekwadorczyk nie potrafił tego wykorzystać. Jednego można być pewnym, że Grenadierzy na pewno będą próbowali zamęczyć Pogacara czy Vingegaarda, bo ten zespół zawsze interesuje tylko końcowe zwycięstwo. Przed rokiem jako jedyni starali się atakować pozycję Słoweńca, ale nie mieli do tego odpowiedniego lidera. W tej edycji jest podobnie, ale serca i zaangażowania ekipie sir Davida Brailsforda nie zabraknie. Mają w końcu kim  straszyć, w kontekście pomocników, ponieważ do dyspozycji liderów są chociażby: Jonathan Castroviejo (Hiszpania), Daniel Felipe Martinez (Kolumbia) czy na razie rewelacyjnie jadący Tom Pidcock (Wielka Brytania). 

 

Polacy

 

Nasi reprezentanci na tę chwilę skupiają się na pomocy liderom swoich zespołów i dlatego zajmują odległe pozycje w klasyfikacji generalnej po pierwszym tygodniu zmagań: Rafał Majka jest 31., Łukasz Owsian (Team Arkea - Samsic) 48., Kamil Gradek (Bahrain - Victorius) 140, a Maciej Bodnar (Totalenergies) 142. Liderem drużyny Majki jest oczywiście Pogacar, u Owsiana to Nairo Quinrana (Kolumbia, 10. w "generalce"), u Gradka po wycofaniu się Jacka Haiga (Australia) to Damiano Caruso (Włochy, 14. w "generalce), a u Macieja Bodnara to zawodzący Peter Sagan. Najważniejszą rolę podczas tegorocznego Tour de France ma do odegrania Majka, który jest ostatnim pomocnikiem słoweńskiego lidera wyścigu. Jego forma pozwala mu aspirować w tej edycji Wielkiej Pętli nawet do miana najlepszego pomocnika całego wyścigu. Owsian pomaga Quintanie w pagórkowatym terenie, kiedy to długo trzyma się w głównej grupie. Pozostała dwójka to specjaliści od płaskiego środowiska. Obaj także nieźle ścigają się na czas, ale na pierwszej "czasówce" w Kopenhadze nie dostali zgody swych ekip, by jechać na sto procent swoich możliwości. Następna jazda indywidualna na czas czeka kolarzy dopiero na dwudziestym etapie, zobaczymy czy tam Polacy będą widoczni. Trzeba uczciwie przyznać, że poza Majką reszta biało-czerwonych wykonuje niezauważalną, wręcz brudną robotę, dlatego ich dyspozycję jest ocenić dość trudno.