Lekkoatletyka - MŚ: co nas czeka w Eugene?

Lekkoatletyka - MŚ: co nas czeka w Eugene?

  • Dodał: Kacper Adamczyk
  • Data publikacji: 14.07.2022, 14:53

Już jutro (15 lipca) rozpocznie się osiemnasta edycja lekkoatletycznych Mistrzostw Świata, których gospodarzem w tym roku jest amerykańskie Eugene. Przez dziesięć dni najlepsi zawodnicy świata będą walczyć o medale i rekordy, a tym samym miejsce w historii, czyli coś, co zostanie z nimi na zawsze. 

 

Podstawowe informacje

 

Dla wielu może to być zaskoczeniem, ale Stany Zjednoczone dopiero po raz pierwszy zorganizują lekkoatletyczny czempionat. Gospodarzem imprezy będzie amerykańskie Eugene w stanie Oregon, na zachodnim wybrzeżu kraju. To miejsce przepełnione jest lekkoatletyczną historią i fantastycznym sportowym klimatem, mimo tego rozgrywanie mistrzostw właśnie tam jest złą informacją dla polskich kibiców, którzy żeby obejrzeć występy biało-czerwonych będą musieli wykazać się sporym heroizmem. Wszystko to związane jest z strefą czasową, w jakiej znajduje się Oregon. Różnica czasowa w stosunku do Polski to dziewięć godzin do tyłu. 

 

Zawody będą odbywały się na stadionie Hayward Field, zlokalizowanym na miejscowym uniwersytecie. Obiekt ten powstał w 1919 roku, a w latach 2018-2020 przeszedł ostatnią przebudowę, stając się jednym z najnowocześniejszych stadionów lekkoatletycznych na świecie. Nie jest on jednak pozbawiony wad. Pierwszym problemem jest jego pojemność, ponieważ na co dzień może on pomieścić niecałe trzynaście tysięcy widzów. Reguły World Athletics mówią jasno, że obiekt, goszczący imprezę tej rangi musi móc przyjąć przynajmniej trzydzieści tysięcy fanów. Organizatorzy zapewniali, że na czas mistrzostw taka będzie właśnie pojemność stadionu, ale według nieoficjalnych informacji na trybuny zostanie wpuszczonych niecałe dwadzieścia tysięcy widzów. Nie jest to jednak jedyna kwestia niezgodna z regulacjami World Athletics. Takich wymogów nie spełnia również infrastruktura rozgrzewkowa. Obiekt do tego przeznaczony posiada kwadratową bieżnię, a także nie ma na nim pola do rzutu oszczepem. W związku z tym przygotowano drugi stadion rozgrzewkowy. Niestety znajduje się on piętnaście minut jazdy samochodem od Hayward Field, co stanowi spore utrudnienie w bezpośrednim przygotowaniu do najważniejszego startu sezonu. Z takiego rozwiązania będą zapewne zmuszeni korzystać oszczepnicy oraz uczestnicy sztafet, a być może też ktoś jeszcze. 

 

Z drugiej strony rozgrywanie imprezy tej rangi na Hayward Field musi ekscytować, ponieważ to miejsce słynie z bardzo dobrych wyników, co niejednokrotnie udowadniały zawody z cyklu Diamentowej Ligi i Mistrzostwa Stanów Zjednoczonych. W związku z tym można oczekiwać, że w Oregonie padnie kilka wielkich wyników, w tym jakiś rekord świata.

 

W mistrzostwach wystąpi 1972 zawodników z 192 państw. Tuż przed samą imprezę World Athletics miało problemy z skompletowaniem list startowych z powodu licznych wycofań wśród zakwalifikowanych zawodników. W związku z tym kadry, niektórych reprezentacji powiększyły się w trybie last minute, ale nie dotyczyło to Polaków. Medale zostaną rozdane w czterdziestu dziewięciu konkurencjach (w tym czterdziestu czterech indywidualnych). 

 

Dla przypomnienia warto zaznaczyć, że ten czempionat zgodnie z planem powinien odbyć się w 2021 roku. Stało się jednak inaczej. Wszystkiemu winna jest oczywiście pandemia COVID- 19. Z jej powodu na zeszły rok przełożono tokijskie Igrzyska Olimpijskie, a to spowodowało przesunięcie na obecny Mistrzostw Świata. W związku z tym na następną tego typu imprezę będzie trzeba poczekać tylko dwanaście miesięcy, bo odbędzie się ona w 2023 roku w Budapeszcie. 

 

Potencjalni bohaterowie mistrzostw

 

Fantastycznie zapowiada się rywalizacja dwóch jamajskich sprinterek Shelly-Ann Fraser Pryce i Elaine Thompson-Herah. Pierwsza z nich to trzykrotna mistrzyni olimpijska i dziewięciokrotna mistrzyni świata, druga ma pięć złotych medali z Igrzysk Olimpijskich i tylko jeden z Mistrzostw Świata. Fraser Pryce to aktualna mistrzyni świata na 100m, a Thompson-Herah jest panującą mistrzynią olimpijską na tym dystansie. Teraz obie zmierzą się w starciu o tytuł najszybszej kobiety świata podczas mistrzostw globu, czyli imprezy, której absolutną królową jest starsza z Jamajek. W tym roku to właśnie Fraser Pryce biegała szybciej od Thompson-Herah (10,67s vs 10,79s). Obie mistrzynie sprintu w zeszłym sezonie ustanowiły swoje fenomenalne rekordy życiowe. Aktualna mistrzyni olimpijska właśnie na bieżni w Eugene uzyskała rezultat 10,54s, który jest drugim najlepszym w historii lekkoatletyki. Szybciej pobiegła tylko Amerykanka Griffith Joyner w 1988 (10,49s). Fraser Pryce posiada za to trzeci wynik w historii, uzyskując w Lozannie 10,60s. Nikt nigdy nie był bliżej rekordu Joyner, niż jamajskie sprinterki. Wydaje się, że na szybkiej bieżni w Eugene, przy sprzyjających warunkach obie mogą się wokół tego wyniku zakręcić. Jedno jest natomiast pewne, pojedynek ten będzie jednym z najciekawszym na tych mistrzostwach. Obie powalczą także na 200m, ale tam nie będą już tak wyraźnymi faworytkami, choć nikt nie będzie ich lekceważył (Thompson-Herah to aktualna mistrzyni olimpijska także na 200m). Na obu dystansach ich najgroźniejszą rywalkę ma być ich rodaczka Shericka Jackson, która w tym roku ma najlepszy wynik na świecie na 200m i drugi najlepszy na 100m. W związku z tym jamajska sztafeta 4x100m jest głównym kandydatem do złota. 

 

Bardzo ciekawie zapowiada się również rywalizacja na 100m przez płotki wśród kobiet. W tym roku poziom na tym dystansie jest bardzo wysoki i wyrównany, wystarczy tylko wspomnieć, że aż trzy zawodniczki zeszły już poniżej bariery 12,40s. Są to: rekordzistka świata Kendra Harrison (USA, 12,34s), absolutna sensacja sezonu Alaysha Johnson (USA, 12,35s) oraz mistrzyni olimpijska Jasmine Camacho-Quinn (Portoryko, 12,37s). Można być prawie pewnym, że panie w Eugene będą biegać jeszcze szybciej, a złoto powinno rozstrzygnąć się na poziomie poniżej 12,30s. Pierwszą i trzecią z wyżej wymienionych pań na pewno stać na takie bieganie. Trzeba też powiedzieć, że kilka setnych sekundy za nimi są kolejne zawodniczki, co czyni tę konkurencję w Eugene niezwykle ciekawą. 

 

Na dystansie czterokrotnie dłuższym takiej wyrównanej rywalizacji nie należy się spodziewać. Pod nieobecność kontuzjowanej Dalilah Muhammad (USA), murowaną faworytką do złota jest jej rodaczka Sydney McLaughlin. Ta druga podczas tegorocznych mistrzostw kraju, właśnie w Oregonie, poprawiła o pięć setnych sekundy własny rekord świata, doprowadzając go do rezultatu 51,41s. W historii tego dystansu tylko dwie wyżej wymienione Amerykanki potrafiły zejść poniżej pięćdziesięciu dwóch sekund. W tej konkurencji również srebro wydaje się już zarezerwowane dla Holenderki Femke Bol, której rekord życiowy wynosi 52,03s (w tym sezonie pobiegła już 52,27s). Kolejne płotkarki biegały w tym roku powyżej pięćdziesięciu trzech sekund. Jednak w kontekście następnych lat, rywalizacja McLaughlin (rocznik 1999) i Bol (rocznik 2000) może okazać się pasjonująca. 

 

Konkurs trójskoku kobiet zapowiada się jako teatr jednej aktorki. Ma nią być Yulimar Rojas (Wenezuela), czyli rekordzistka świata z hali i stadionu. W tym roku podczas HMŚ uzyskała ona wynik 15,74m, który jest o siedem centymetrów lepszy od rezultatu osiągniętego podczas zeszłorocznych igrzysk olimpijskich w Tokio.  W tym roku Wenezuelka na stadionie wystartowała w swojej koronnej konkurencji tylko raz, skacząc na odległość 14,83m.  Zaledwie cztery centymetry mniej uzyskała w tym sezonie Keturah Orji (USA), ale nie należy sądzić, by mogła ona zagrozić Wenezuelce, która może nawet spróbuje zaatakować swój własny rekord świata. O Rojas w zeszłym tygodniu zrobiło się głośno, gdy władze World Athletics odmówiły jej prawa startu w Eugene w konkursie skoku w dal, ponieważ minimum kwalifikacyjne osiągnęła w nieprzepisowym obuwiu. Spełniało ono regulacje przeznaczone do trójskoku, ale już nie do skoku w dal, w którym wówczas startowała. 

 

Kolejną osobą, która ma wszystko, by zostać jedną z gwiazd mistrzostw jest Yaroslava Mahuchikh (Ukraina). Przedstawicielka skoku wzwyż pod nieobecność Marii Lasitskene (zawieszenie rosyjskich sportowców w związku z wojną w Ukrainie) jest główną pretendentką do złota. W tym roku, podczas HMŚ, 20-latka uzyskała imponujące 2,06m, co było trzecim wynikiem w historii konkursów halowych. Na stadionie w tym sezonie Ukrainka uzyskała 2,03m, a stać ją na dużo więcej. Wydaje się, że rywalizację o mistrzostwo świata rozstrzygnie na swoją korzyść, a potem będzie samotnie walczyć z poprzeczką, co powinno przynieść kibicom wiele pozytywnych emocji. Przekonanie o jej przyszłym triumfie wzmaga fakt, że żadna inna zawodniczka w tym sezonie nie pokonała nawet poprzeczki zawieszonej na wysokości 2,00m. 

 

Przechodząc do rywalizacji panów warto zacząć od największej obecnie gwiazdy lekkoatletyki, czyli Armanda Duplantisa (Szwecja). Wciąż młody, 23-letni, skoczek o tyczce, to aktualny rekordzista świata, zarówno z hali (6,20m), jak i z stadionu (6,16m). Drugi z wymienionych wyników pochodzi z zawodów Diamentowej Ligi w Sztokholmie i został osiągniętym 30.06 tego roku, czyli całkiem niedawno. To dowodzi tego, że Szwed jest w wybitnej formie i gotów na jeszcze wyższe skakanie. Wielu ekspertów uważa, że Duplantis przez wiele lat może wywindować rekord globu na kompletnie absurdalny poziom 6,30m. Nie widać dla niego konkurencji wśród innych tyczkarzy, ponieważ sześć metrów w tym roku na stadionie, poza Szwedem, pokonał tylko Christopher Nilsen (USA), więc na liście zgłoszeń jego strata do Duplantisa wynosi aż szesnaście centymetrów. 

 

Następną postacią, dla której startu warto będzie włączyć telewizor jest Ryan Crouser (USA). Specjalista od pchnięcia kulą, to podobnie jak Duplantis czy Rojas aktualny rekordzista świata z hali (22,82m) i stadionu (23,37m). W tym roku Amerykanin uzyskał już podczas mistrzostw kraju, na obiekcie w Eguene, 23,12m. Zresztą stadion w Oregonie bardzo mu służy, ponieważ właśnie tam ustanowił w ubiegłym roku rekord świata. W jego przypadku również można spodziewać się absolutnie wszystkiego. Innych kulomiotów też jednak stać na wielkie wyniki, co udowodnił słynny finał MŚ sprzed trzech lat, kiedy to triumfował Joe Kovacs (USA, 22,91m) przed Crouserem (22,90m) i Tomem Walschem (Nowa Zelandia, 22,90m). Teraz również wymieniona dwójka może być godną konkurencją dla mistrza olimpijskiego z Tokio. W końcu Kovacs zdołał w tym sezonie uzyskać już 22,87m. 

 

Oczy miejscowych fanów będą zapewne  zwrócone też na Devona Allena (USA), który uzyskał 12 czerwca tego roku, w Nowym Jorku trzeci wynik w historii na 110m przez płotki (12,84s). Amerykanin tym samym drugi raz w karierze złamał barierę trzynastu sekund i wyrósł na kandydata numer jeden do złota w Oregonie. Jednak czwarty zawodnik zeszłorocznych Igrzysk Olimpijskich wcale wygrać w Eugene nie musi, bo w rozgrywanych na Hayward Field mistrzostwach kraju zdobył tylko brązowy krążek, wygrywając go tylko o trzy tysięczne sekundy z Jamalem Brittem. Najgroźniejszymi rywalami dla Allena w Eugene będą jego rodacy, bowiem Amerykanie zajmują cztery pierwsze pozycje na liście zgłoszeń i pewnie gospodarze mają zamiar w tej konkurencji zgarnąć wszystkie medale. 

 

Ciekawa i na wysokim poziomie powinna być również rywalizacja dyskoboli. Zanosi się, że kwestię złotego medalu rozstrzygną rzuty na odległość ponad siedemdziesięciu metrów. Jak na razie w tym sezonie takie owyniki uzyskało dwóch zawodników: Daniel Ståhl (Szwecja, 71,47m) oraz Kristjan Čeh (Słowenia, 71,27m). Obaj panowie są w gronie siedemnastu zawodników w historii, którzy przekroczyli granicę siedemdziesiątego pierwszego metra. To właśnie oni mogą stoczyć pasjonujący pojedynek o złoto, lecz równie dobrze do walki może włączyć się ktoś z drugiego szeregu, np. 19-letni Litwin Mykolas Alekna, który swój rekord życiowy (69,81m) ustanowił ledwie przed dwoma tygodniami w Sztokholmie na zawodach Diamentowej Ligi.

 

Znakiem zapytania przed imprezą w Oregonie jest to, czy wreszcie objawi się nam nowy król sprintu, którego bardzo fanom brakuje po zakończeniu kariery przez Jamajczyka Usaina Bolta w 2017 roku. Mowa tutaj zarówno o dystansie 100 jak i 200 metrów. Kandydatów na taką postać należy szukać wśród Amerykanów. Najbardziej oczywistym z nich wydaje się Fred Kerley, który w tym roku na mistrzostwach kraju przebiegł najkrótszy dystans w czasie 9,76s. W historii tylko pięciu sprinterów biegało szybciej. Srebrny medalista tokijskich igrzysk na 100m jako jedyny z reprezentantów gospodarzy wystartuje i na 100, i na 200m. W tej drugiej konkurencji Kerley ma trzeci czas zgłoszenia. Przed nim na liście jest dwóch jego rodaków: Erriyon Knighton i Noah Lyles. Są to odpowiednio czwarty i piąty zawodnik tabel historycznych (19,49s vs 19,50s). W jedynym ich bezpośrednim starciu lepszy był Lyles, którego najlepszy wynik z tego sezonu to 19,61s. Podczas mistrzostw będzie obchodził dwudzieste piąte urodziny, więc sporo lat startów jeszcze przed nim. Mimo to przy Knightonie wygląda już nie najmłodziej. Ten drugi to zawodnik z rocznika 2004, który ma już za sobą start w finale olimpijskich (czwarte miejsce) i całą przyszłość przed sobą. Kto wie czy nie będzie to gwiazda na lata w światowej lekkoatletyce. 

 

Wybór wyżej wymienionych postaci i konkurencji jest bardzo subiektywny, a wartych do obserwowania rywalizacji będzie dużo więcej. Można tu wymienić chociażby biegi długie mężczyzn. Ponownie emocjonująco zapowiada się start na 10000m, gdzie reprezentacje Ugandy, Etiopii i Kenii potrafią rozstrzygać biegi niczym najlepsze drużyny kolarskie. Afrykanom na 5000m i 1500m będzie starał się krwi napsuć genialny Norweg Jakob Ingebritsen. Nie wolno zapominać też o tym, że najlepszy wynik w tym roku na świecie na 10000m ma Amerykanin Grant Fisher. Ciekawym wątkiem będzie także start Karstena Warholma (Norwegia), aktualnego mistrza olimpijskiego, świata, Europy i rekordzisty świata. Specjalista od 400m przez płotki w tym roku tylko raz pokazał się na starcie, siódmego czerwca podczas Diamentowej Ligi w Rabacie. Na samym początku tego występu Warholm doznał kontuzji mięśnia dwugłowego uda i go nie ukończył. W związku z tym Mistrzostwa Świata mają być jego pierwszym startem w sezonie, lecz sam Norweg zdaje sobie sprawę z tego, że jego udział w imprezie nadal jest niepewny. 

 

Wielcy nieobecni mistrzostw

 

Na starcie w Oregonie pojawi się oczywiście cała śmietanka światowej lekkoatletyki, będzie jednak mała grupa wybitnych zawodników, która z różnych powodów zawody te obejrzy tylko w telewizji. Wiadomym jest, że wśród nich są reprezentanci Rosji i Białorusi. Z tych pierwszych największą nieobecną będzie dominatorka światowego skoku wzwyż, czyli Maria Lasistkene. Powód tej absencji jest tak oczywisty, że nie warto się nad tym dłużej rozwodzić, dlatego przejdźmy do innych nieobecnych.

 

Najbardziej utytułowanym, aktywnym sportowcem, który nie pojawi się w Oregonie jest Anita Włodarczyk. Polka jest rekordzistką świata w rzucie młotem, trzykrotną mistrzynią olimpijską, czterokrotną mistrzynią świata i czterokrotną mistrzynią Europy. W tym roku uzyskała drugi wynik na świecie (78,06m) i miała walczyć o kolejny złoty medal czempionatu globu.  Tak się jednak nie stanie, ponieważ Włodarczyk dzień przed Mistrzostwami Polski, podczas pogoni za człowiekiem, który próbował ukraść jej samochód, zerwała mięsień i musiała zakończyć sezon. Nie podłamało to Polki jednak wielce na duchu, bo ostatnim celem, jaki pozostał jej w karierze są Igrzyska Olimpijskie w Paryżu. Do nich pozostały jeszcze dwa lata. 

 

Włodarczyk to nie jedyna młociarka z światowej czołówki, która nie przystąpi do zawodów w Eugene. Z imprezy wycofała się również obrończyni tytułu, Amerykanka DeAnna Price. Nie doszła ona do formy po przebytym koronawirusie i nie widziała sensu startu w mistrzostwach. W tym sezonie Price najdalej posłała młot na odległość 73,07m. 

 

Poszkodowany nie będzie jednak tylko żeński młot, na mistrzostwach nie pojawi się także Steven Gardiner (Bahama). Aktualny mistrz olimpijski i świata nie pojechał do USA z powodu zapalenia ścięgien. Bahamczyk miał w tym roku piąty wynik na świecie. 

 

Również problemy zdrowotne zatrzymały Dalilah Muhammad (USA). Wciąż aktualna mistrzyni świata i srebrna medalistka olimpijska z Tokio nie była w stanie wystartować już w mistrzostwach kraju i nie powalczy z McLauglin o złoty krążek i rekord świata w Eugene. 

 

Tytułu z katarskiego Dausze nie obroni także inny reprezentant gospodarzy, tyczkarz Sam Kendricks. W jego przypadku powodem też jest uraz. W ostatnim czasie Amerykanina prześladuje niebywały pech, ponieważ w zeszłym roku nie wystartował na igrzyskach olimpijskich z powodu pozytywnego wyniku testu na COVID- 19. W związku z tym Kendricks opuści drugą wielką imprezę z rzędu. 

 

Na starcie w Oregonie z powodów zdrowotnych nie stanie także dwoje niemieckich oszczepników: Johannes Vetter i Christin Hussong. Ten pierwszy to zawodnik, którego rekord życiowy to 97,76m (2020r.). Jest on także aktualnym brązowym medalistą mistrzostw świata, a w tym roku miał dziewiąty wynik na świecie. Za to Hussong to mistrzyni Europy z 2018r. oraz obecna liderka rankingu World Athletics. W tym sezonie uzyskała trzeci wynik na świecie. 

 

Na starcie maratonu kobiet zabraknie mistrzyni olimpijskiej z Tokio Peres Jepchirchir (Kenia). Ją również ze startu wykluczyła kontuzja. Kenijka w swojej karierze była już również dwukrotną mistrzynią świata w półmaratonie, a w tym roku zdołała wygrać prestiżowy maraton w Bostonie. 

 

Polacy

 

Polski Związek Lekkoatletyki postanowił wysłać na zachodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych czterdziestu pięciu zawodników, w tym trzydziestu jeden jest przewidzianych do startów indywidualnych, reszta będzie uczestniczyć tylko w sztafetach. Dla porównania do Tokio poleciało sześćdziesięciu sześciu sportowców z ramienia PZLA (w tym czterdziestu dziewięciu występowało indywidualnie). W tym roku działacze z lekkoatletycznej centrali nie skorzystali z lwiej większości miejsc przysługujących Polsce z rankingu World Athletics. Wpływ na to miały na pewno koszty. To właśnie one spowodowały, że do Oregonu zdecydowano się wysłać kadrę mniejszą liczbowo, ale nadal silną jakościowo. Poza tym nie wystawimy żadnego przedstawiciela maratonu, ponieważ związek uznał, że specjaliści od tego dystansu powinni skupić się na mistrzostwach Europy, gdzie Polska liczy na medal w klasyfikacji drużynowej. Z osób, które wypełniły minimum w imprezie nie wezmą udziału: Anita Włodarczyk (kontuzja), Joanna Linkiewicz (przerwa macierzyńska), Joanna Fiodorow (koniec kariery), Marcin Lewandowski (koniec kariery) czy Kacper Lewalski (limit zawodników z kraju na konkurencję). Należy też zaznaczyć, że nie wszyscy zawodnicy, którzy mieli odpowiednią pozycję w rankingu, chcieli jechać do Oregonu. Z takiej ewentualności zrezygnowali: Nikola Horowska, Klaudia Kardasz czy Paweł Wiesiołek (kontuzja). Skład na Mistrzostwa Świata w Eugene  pokazuje, że po ubiegłorocznych igrzyskach w polskiej reprezentacji nastąpiła częściowa zmiana pokoleniowa. Co prawda karier nie pokończyły/ zawieszały panie z sztafety 4x400m, o czym się mówiło, ale pas przed tym sezonem powiedziało sześcioro medalistów Mistrzostw Świata: Joanna Fiodorow, Kamila Lićwinko, Marcin Lewandowski, Adam Kszczot, Piotr Małachowski i Sylwester Bednarek. W składzie jest za to  czterech innych zawodników z indywidualnym medalem Mistrzostw Świata w swoim dorobku (Kopron, Fajdek, Nowicki, Lisek), a także sześcioro indywidualnych medalistów zeszłorocznych Igrzysk Olimpijskich (Kopron, Adrejczyk, Dobek, Fajdek, Nowicki, Tomala). Śmiało można nazwać tę grupę ludzi mieszanką doświadczenia z młodością, są w niej osoby już z sukcesami, a także takie na dorobku. Ich średnia wieku wynosi ok. dwudziestu pięciu lat. Pewnie ta liczba na sierpniowych Mistrzostwach Europy będzie niższa, a sama kadra sporo szersza. 

 

Warto jednak na razie skupić się na tych, którzy wystąpią w Oregonie. Największa grupa biało-czerwonych do Stanów Zjednoczonych poleciała ponad tydzień przed rozpoczęciem imprezy i odbywała zgrupowanie aklimatyzacyjnie w Seattle. Przed rozpoczęciem tego typu zawodów zawsze kibice zastanawiają się, ile medali przywiozą Polacy. Przypomnijmy, w Dausze (2019r.) było to sześć krążków, a w Tokio aż dziewięć. Realnie trzeba ocenić, że nawet ten pierwszy wynik w Oregonie będzie trzeba uznać za spory sukces. Jest to związane chociażby z aktualną dyspozycją zeszłorocznych medalistów olimpijskich. Do Eugene w ogóle nie poleci Anita Włodarczyk, choć byłaby na pewno jedną z kandydatek do medali. Druga z naszych młociarek Malwina Kopron ma co prawda piąty wynik na listach zgłoszeniowych (75,08m), ale po uzyskaniu tego rezultatu jej forma jakby gdzieś się ulotniła i szczytem możliwości okazywały się rzuty w granicach siedemdziesiątego pierwszego metra. To nie napawa optymizmem przed najważniejszą imprezą sezonu, zwłaszcza że Polka borykała się z problemami natury mentalnej. Biorąc pod uwagę ostatnie tygodnie w jej wykonaniu, a także to, że Amerykanki u siebie będą bardzo mocne, to jakikolwiek krążek będzie pewnym zaskoczeniem. 

 

Tego samego na szczęście nie można powiedzieć o naszych panach. Od nich śmiało powinniśmy oczekiwać dubletu. Wojciech Nowicki, czyli mistrz olimpijski z Tokio oraz lider światowych tabel (81,58m) jest obecnie najrówniej i najpewniej na świecie rzucającym zawodnikiem, a jego serie w poszczególnych konkursach robią wrażenie. W związku z tym to on okazuje się być kandydatem numer jeden do złota w Eugene. Na pewno będzie mu chciał przeszkodzić Psweł Fajdek (drugi wynik w tym roku na świecie; 80,56m), który zwyciężał czempionat globu w czterech ostatnich edycjach, ale w tym sezonie nie pokazał jeszcze pełni swojego potencjału, choć Szymon Ziółkowski (trener Fajdka) uważa, że jego podopiecznego stać na bardzo dalekie rzuty. 

 

Maria Andrejczyk, srebrna medalistka tokijskich igrzysk, już w trakcie przygotowań zmieniła swojego wieloletniego trenera Karola Sikorskiego na Fina Petteriego Piironena. Jednak największym problemem trzeciej zawodniczki tabel historycznych jest jej zdrowie, a konkretnie bark, z którym Polka nie może sobie poradzić już od dłuższego czasu. W wywiadzie dla sportowefakty.wp.pl mówiła, że we wrześniu poddała się zabiegowi ostrzyknięcia barku komórkami macierzystymi. Mimo pracy z fizjoterapeutą problem powrócił z uwagi na złą periodyzację treningu. Ta ostatnie informacja jest tutaj najważniejsza, ponieważ wydaje się, że Andrejczyk ponownie za szybko wróciła do treningów, a kontuzjowana część ciała nie zdołała się zregenerować. W zeszłym roku, przed Igrzyskami Olimpijskim, takie ryzyko było zrozumiałe. Teraz jednak na trzy lata przed Paryżem postępowanie samej oszczepniczki i jej otoczenia wydaje się co najmniej nierozsądne. W tym roku Andrejczyk zaliczyła tylko dwa starty, rzucając najdalej na 57,53m, co daje jej dopiero dwudzieste ósme miejsce na liście zgłoszeń. W związku z tym sukcesem w przypadku Polki będzie już awans do wąskiego finału i nie pogłębienie za bardzo urazu barku. 

 

Absolutna rewelacja poprzedniego roku Patryk Dobek, brązowy medalista z Igrzysk Olimpijskich, w tym sezonie spisuje się słabiej. W jego przygotowaniach z trenerem Zbigniewem Królem podobno, niektóre kwestie nie poszły jak należy, nie wszystkie nowości zastosowane w treningu przez szkoleniowca zadziałały. W związku z tym Dobek miał bardzo słaby początek sezonu, potem było już trochę lepiej, co sugerował czas 1:44,49, uzyskany podczas memoriału Janusza Kusocińskiego. Mimo że to dopiero czternasty czas na liście zgłoszeń, to należy pamiętać, że bieganie turniejowe rządzi się swoimi prawami. Takie starty, z wolniejszym tempem, powinny Polakowi pasować. Zagrożeniem jest natomiast to, że rywale się go już nauczyli i Dobek będzie zmuszony opracować inną strategię, niż liczenie na miejscu tuż przy krawężniku. Tutaj też medal byłby pewnym miłą niespodzianką. 

 

Ostatni nasz indywidualny medalista z Tokio to Dawid Tomala. Polak został sensacyjnym mistrzem olimpijskim na dystansie pięćdziesięciu kilometrów. Niestety w związku z zmianą w programie Igrzysk Olimpijskich zawodnicy od tego roku rywalizują na trasie o długości trzydziestu pięciu kilometrów. W teorii ten dystans powinien Tomali bardziej pasować, niż "pięćdziesiątka", bo od innych specjalistów od tej konkurencji jest zawodnikiem bardziej dynamicznym. Znakiem zapytania pozostaje forma Polaka, który zmagał się z problemami zdrowotnymi i nie wiadomo na ile się z nimi uporał. Właśnie uraz bardzo doskwierał mu podczas mistrzostw kraju na trzydzieści pięć kilometrów, które wyraźnie przegrał z Arturem Brzozowskim. Forma mistrza olimpijskiego to wielka zagadka, a ewentualny medal byłby kolejną niespodzianką i potwierdzeniem, że występ w Sapporo nie był przypadkiem. 

 

Poza Pawłem Fajdkiem i Wojciechem Nowickim największe szanse na medal należy wiązać z sztafetami 4x400m kobiet i 4x400m mix. W tej drugiej konkurencji Polacy niespodziewanie zostali mistrzami olimpijskimi, pokonując Dominikanę i Stany Zjednoczone. Rok temu marzyliśmy w tym biegu o medalu, ale nie było wiadomo na co Polaków stać, z uwagi na nie najlepszą wcześniej dyspozycję naszych panów. W tym roku również żaden z nich nie błyszczał, zarówno Karol Zalewski, jak i Kajetan Duszyński nie złamali bariery czterdziestu pięciu sekund. Rok temu przygotowali jednak życiową formę na tokijskie igrzyska, zaskakując cały świat. Musimy mieć nadzieję, że tym razem będzie tak samo, bo bez tego o medalu nie ma co śnić, a o nasze panie należy być spokojnym. W porównaniu z zeszłorocznym finałem, tym razem w rozgrywce o medale (zakładam, że Polacy przejdą eliminacje) powinno dojść do jednej zmiany w składzie biało- czerwonych. Anna Kiełbasińska zastąpi Justynę Święty-Ersetic. Taki zabieg sugeruje forma polskich zawodniczek, a także zdjęcia umieszczane w mediach społecznościowych. Zapewne tym razem Święty-Ersetic pobiegnie tylko w eliminacjach. Jako tego trzeciego wśród panów, który być może otrzyma szansę w eliminacjach, typowałbym Maksymiliana Klepackiego. 23-latek ma trzeci czas w tym roku w Polsce na tym dystansie, a już podczas HMŚ w Belgradzie pokazał duży potencjał, biegnąc najlepiej z Polaków w finale męskiej sztafety. W żeńskiej sztafecie 4x400m, jeśli nikomu nie przytrafi się żaden uraz (trener Aleksander Matusiński mówił dla sport.tvp.pl, że jego grupa zmaga się z drobnymi kontuzjami), to w finale powinny pobiec: Anna Kiełbasińska, Iga Baumgart-Witan, Justyna Święty-Ersetic oraz Natalia Kaczmarek. Prawdopodobnie w eliminacjach swoją okazję do zaprezentowania się na bieżni otrzyma Małgorzata Hołub-Kowalik, a być może nawet Kinga Gacka. Należy w końcu pamiętać, że Kaczmarek, Kiełbasińska i Święty-Ersetic pobiegną również indywidualnie, a ich celem będzie finał i zejście poniżej granicy pięćdziesięciu sekund. Zwłaszcza dwie pierwsze mają na to szanse, ponieważ zajmują odpowiednio piątą i siódmą lokatę na liście zgłoszeń. Ciekawym wątkiem będzie też nowa rola w kadrze Święty-Ersetic, która do tej pory była jej gwiazdą numer jeden. Teraz tę rolę najprawdopodobniej przejmie 24-letnia Kaczmarek, która już  biega najszybciej z Polek, a wydaje się, że ma największe pole do rozwoju. Właśnie jej powinna też przypaść rola zamykającej finałową sztafetę. Na pierwszej zmianie zapewne pobiegnie będąca w życiowej formie Kiełbasińska. Należy przypomnieć, że już w Dausze dwie Polki występowały w indywidualnym biegu finałowym. Wtedy były to Święty-Ersetic i Baumgart-Witan, które zajęły odpowiednio siódmą i ósmą pozycję. Teraz mamy prawo liczyć na trochę więcej. 

 

Jeśli już mowa o sztafetach, to warto powiedzieć też parę słów o kobiecej sztafecie 4x100m. Polki w zeszłym roku na Stadionie Śląskim w Chorzowie sięgnęły dość sensacyjnie po srebrny medal World Relays (nieoficjalne mistrzostwa świata sztafet) i rozbudziły apetyty kibiców na olimpijski finał. Niestety w Tokio odpadły w eliminacjach, ale w tej drużynie, osłabionej brakiem Ewy Swobody, widać było potencjał. Niestety tym razem skład polskiej sztafety będzie daleki od ideału, a finał byłby bardzo dużym sukcesem. Co prawda Swoboda ma tym razem wystartować, ale zabraknie Pii Skrzyszowskiej (kolizja w kalendarzu z 100m pp) czy Nikoli Horowskiej (zrezygnowała z startu), a Anna Kiełbasińska skupi się na sztafecie 4x400m. Wielka szkoda, że nie uda się zebrać w składzie sztafety najlepszych sprinterek kraju, co powinno być czymś naturalnym. Może w przyszłości ta sztuka się powiedzie, następną okazją ku temu będą sierpniowe Mistrzostwa Europy w Monachium. 

 

Uzupełniając temat biegów rozstawnych o sztafetę 4x400m mężczyzn warto powiedzieć, że zabraknie w niej Dariusza Kowaluka, który w tym roku nie wszedł nawet do finału Mistrzostw Polski, a w Tokio prezentował się rewelacyjnie. Najsilniejsze zestawienie Polaków to: Zalewski, Mateusz Rzeźniczak, Klepacki i Duszyński. Właśnie taki skład powinien pobiec już w eliminacjach, bo w przeciwieństwie do pań, to dla panów sukcesem, ale też czymś realnym do osiągnięcia, będzie właśnie awans do rozgrywki o medale.

 

Poza wyżej wymienionymi nazwiskami jest także kilka innych, dających nadzieję na ciekawy wynik. Pierwszym z nich jest wspominana już w tym tekście Ewa Swoboda. Na oficjalnych listach zgłoszeń Polka figuruje z tegoroczną życiówką 11,05s, jednak w tym sezonie biegała już szybciej 10,99s, tylko przy zbyt mocnym wietrze. Swoboda ma być w życiowej formie, która powinna jej zapewnić wynik lepszy od rekordu Polski Ewy Kasprzyk (10,93s), a bieganie w granicach 10,90s daje nadzieję na finał Mistrzostw Świata, co byłoby dużym osiągnięciem dla polskiego sprintu i samej 24-latki, czyli wciąż rozwojowej zawodniczki. 

 

Drugą nadzieją polskiego sprintu jest Pia Skrzyszowska, specjalizująca się na dystansie 100m przez płotki. Polka w tym sezonie doprowadziła swój rekord życiowy do poziomu 12,62s, ustanawiając jednocześnie rekord Polski do lat 23, co daje jej trzynaste miejsce na liście zgłoszeń. W tym sezonie Skrzyszowska dwukrotnie brała udział w zawodach z cyklu Diamentowej Ligi, by obiegać się z najlepszymi na świecie, co ma się jej przydać w walce o finał Mistrzostw Świata. Właśnie taki wynik będzie celem dla 21-latki, która po najwyższe laury ma sięgać dopiero na następnych wielkich imprezach. W Eugene, żeby awansować do rozgrywki do medale Polka będzie musiała pobić własny rekord życiowy, a na to ją na pewno stać.  

 

Kandydatką na polskiego czarnego konia czempionatu w Oregonie jest siedmioboistka Adrianna Sułek. 23-latka ma co prawda trzeci wynik na liście zgłoszeń, ale nie zalicza się jej do pierwszego rzędu pretendentek do medali. Jest to spowodowane tym, że kilka czołowych wieloboistek świata nie zaliczyło jeszcze ani jednego startu w tym sezonie. Polka, która w zeszłym roku została mistrzynią Europy do lat 23, potwierdziła duży potencjał, zostając w marcu halową wicemistrzynią świata. W tym roku ustanowiła rekordy życiowe w pięciu konkurencjach, doprowadzając swój najlepszy wynik w karierze do poziomu 6429 punktów. Do rekordu Polski Kamili Chudzik brakuje jej już tylko sześćdziesięciu pięciu punktów i pobicie tego wyniku będzie na pewno celem dla Sułek na zawody w Oregonie. Piętą achillesową Polki są rzut oszczepem i pchnięcie kulą, ale w każdej konkurencji ma ona jeszcze rezerwy, które jeśli uwolni, to będzie biła się o medale największych imprez na świecie. 

 

Na koniec warto wyróżnić również Katarzynę Zdziebło, która specjalizuje się w chodzie, a w Euegen będzie starała się połączyć starty na 20 i 35 kilometrów. W tej pierwszej konkurencji w Tokio Polka zajęła bardzo dobre dziewiąte miejsce. W tym roku 25-latka ma dwunasty wynik na świecie na 20 kilometrów i jedenasty na dystansie o piętnaście kilometrów dłuższym. Te rezultaty pokazują, że Zdziebło stać na dobre wyniki, nawet pierwszą "dziesiątkę", w obu konkurencjach. Jej start na dłuższym dystansie jest także ciekawym wątkiem pod kątem igrzysk olimpijskich w Paryżu, ponieważ ma tam zadebiutować chód na 35 kilometrów w formie miksta. Medale mają tam być rozdawane na zasadzie zsumowania wyników kobiety i mężczyzny. Wśród panów będziemy po cichu liczyć na kolejny wielki start Dawida Tomali, a u pań dobrze może wystartować Zdziebło. Kto wie, czy to nie będzie duet, który w 2024 powalczy o olimpijski krążek. 

 

Podsumowując, Polska ma cztery poważne szanse medalowe (młot mężczyzn x2, sztafeta 4x400m kobiet, sztafeta 4x400m mix), a także grupę kilku zawodników, których stać na miłe zaskoczenie. W związku z tym zdobycie pięciu krążków wydaje się być celem realistycznym, a taki wynik byłby odebrany pozytywnie, mimo że w Tokio, a nawet Dausze, medali było więcej. Jak zawsze przed takimi imprezami należy życzyć polskim sportowcom też rekordów życiowych, bo one będą wyznacznikiem tego, że dana osoba zrobiła wszystko na, co ją było tego dnia stać.