Five o’clock Tea: kto widział Mo Salaha?

Five o’clock Tea: kto widział Mo Salaha?

  • Data publikacji: 04.10.2018, 17:00

Dobry czas dla Mohameda Salaha skończył się 26.05.18r. o godzinie 21:15. Sergio Ramos, faulując Egipcjanina na 40. metrze od własnej bramki, nie spodziewał się, że rozpocznie tym samym etap rozczarowań gwiazdy sezonu 17/18 na angielskich boiskach. Od tego momentu Salah przeżywa pasmo rozczarowań.

 

Salah nie był nowym graczem na rynku angielskim. Grał już na Wyspach, kiedy zimą 2014 roku przywdział niebieską koszulkę Chelsea. Roman Abramowicz wydał na 22-letniego wówczas skrzydłowego 16 milionów euro, ale Egipcjanin w deszczowym Londynie spędził tylko rok. W 2015 roku przeniósł się do słonecznej Italii, a konkretnie do Florencji. W Fiorentinie przez 6 miesięcy spisał się na tyle przyzwoicie, że z początkiem następnego sezonu zgłosiła się po niego AS Roma. W Rzymie Salah grał jeszcze lepiej, na tyle, że po rocznym wypożyczeniu włodarze klubu zdecydowali się wydać na niego 15 milionów euro.

 

W drugim roku pobytu w Rzymie, Salah osiągnął apogeum swojej formy. 15 goli i 13 asyst w 31 meczach Serie A to wynik więcej niż dobry, choć akurat w sezonie 16/17 we Włoszech nie robił wielkiego wrażenia. Był to rok, w którym Dzeko zdobył koronę króla strzelców, zdobywając 29 bramek, z formą wystrzelił Mertens, zdobywca 28 bramek, a dopiero na 6 miejscu w tabeli strzelców sklasyfikowany został Immobile, który piłkę do siatki wpakował 23-krotnie. Egipcjanin jednak na tyle przykuł uwagę Kloppa, że ten zdecydował się wyłożyć na niego aż 42 miliony euro.

 

Wielu wątpiło, że Salah choćby zbliży się do osiągów z Serie A. Gdyby tak się stało, z miejsca walczyłby o miano najlepszego skrzydłowego, statystykami ustępując tylko Alexisowi Sanchezowi, wyprzedzając nawet Edena Hazarda, Sona, Coutinho czy Mane. Sympatyczny wychowanek Arab Contractors wykręcił jednak w lidze liczby, których nikt wcześniej w historii Premier League nie osiągnął. 32 strzelonych bramek to rekord angielskiej ekstraklasy, odkąd gra w niej 20 zespołów. Zgarnął wszystkie możliwe nagrody, stał się kandydatem do przerwania hegemonii Ronaldo i Messiego, którym to miał odebrać Złotą Piłkę. Do zwycięstwa dzieliło go ledwie kilka występów – finał Ligi Mistrzów i występ na Mistrzostwach Świata.

 

Wyprzedźmy nieco fakty. Mundial zdawał się być dla Salaha imprezą niższej kategorii. Choćby był najlepszym piłkarzem we wszechświecie, nie mógł sprawić, by pociągnąć Egipt do występu choćby w ćwierćfinale. Wielu ekspertów zdawało sobie z tego sprawę, że na podstawie Mistrzostw Świata nie można przyznawać tak prestiżowej nagrody jak Złota Piłka, toteż oczy wszystkich zwrócone były na Stadion Olimpijski w Kijowie.

 

Tradycyjnie już, pod koniec każdego maja rozgrywany jest finał Ligi Mistrzów. Niemal tradycyjnie, bo trzeci raz z rzędu, jedna z drużyn walcząca o zwycięstwo to Real Madryt. Drugą jest Liverpool, czekający na swój finał od 2007 roku. Jednym z głównych architektów awansu The Reds jest bohater tego artykułu. Mo Salah w 12 występach w Lidze Mistrzów zdobył 10 bramek i zanotował 5 asyst, będąc jedną z najjaśniejszych gwiazd tamtej edycji. 26 maja stanął w szranki z piłkarzami Realu, którzy mieli już być przesyceni sukcesami i Liverpool miał w końcu przerwać dominację Królewskich w europejskich pucharach, a Salah przedstawić światu nowego posiadacza Złotej Piłki.

 

W 30. minucie Egipcjaninowi świat zawirował przed oczami, a sprawcą tego był Sergio Ramos. Piłkarz Liverpoolu po faulu Hiszpana nie mógł kontynuować gry, a schodząc z murawy w jego oczach szkliły się łzy bezsilności. Salah stracił dogodną okazję udowodnienia światu, że w starciu z Cristiano Ronaldo nie stoi na przegranej pozycji nie tylko na boisku w Kijowie, ale też na wrześniowej gali w Londynie.

 

Finał Ligi Mistrzów Liverpool przegrał, a dla Salaha rozpoczął się wyścig z czasem. Codziennie media donosiły o stanie zdrowia „egipskiego boga”. Zdąży czy nie zdąży? W jeden dzień płynęły informacje, że w ogóle nie zagra, by nazajutrz obwieszczać, że wystąpi w pierwszym meczu. Salah ostatecznie nie zdążył na pierwszy mecz, który Egipt przegrał z Urugwajem. W drugim spotkaniu przeciwko gospodarzom strzelił gola, ale nie ustrzegł swoich rodaków przed drugą porażką na mundialu. W ostatnim meczu Egipt znowu przegrał, tym razem ze słabiutką Arabią Saudyjską, a honorową bramkę strzelił ponownie Salah. Tym samym stało się jasne, że mundial, który mógłby w jakimś stopniu przeważyć szalę zwycięstwa na korzyść króla strzelców Premier League, nie będzie trampoliną do zdobycia indywidualnych nagród.

 

Jeszcze w czasie trwania Mistrzostw Świata okazało się, że do gry o zwycięstwo włączył się z drugiego szeregu Luka Modrić. Dowodzona przez niego Chorwacja zdobyła srebro i serca wszystkich kibiców, a sam pomocnik Królewskich grał doskonale w każdym meczu, do ogromnego serducha dokładając wysokie umiejętności.

 

Zanim doszło do wręczenia nagród FIFA dla najlepszego piłkarza, rozpoczął się sezon ligowy. Wymagania w stosunku do Salaha poszybowały w górę, oczekując od niego magii pokazywanej przez 12 ostatnich miesięcy. Tymczasem okazało się, że Momo się zaciął. Jaka jest przyczyna tego stanu rzeczy? Nie pomylimy się wiele, jeśli odpowiemy, że morderczy wysiłek, jaki Egipcjanin musiał zaliczyć w sezonie 17/18. We wszystkich rozgrywkach zanotował 4119 minut, opuszczając zaledwie dwa mecze ligowe. Nie miał wiele czasu na odpoczynek, bowiem od momentu odniesienia kontuzji w finale Ligi Mistrzów musiał pracować nad odzyskaniem zdrowia, a później niemal do końca czerwca był w Rosji na mundialu. Półtora miesiąca później zainaugurował ligowy sezon, szybko strzelając pierwszą bramkę. Wtedy jeszcze wydawało się, że Salah nic nie utracił ze swojej magii.

 

We wrześniu, po feralnym finale Ligi Mistrzów i klapie na Mistrzostwach Świata, spotkało go kolejne rozczarowanie. Nie, upokorzenie. Salah znalazł się w trójce najlepszych piłkarzy według FIFA, ale zabrakło go w „11 sezonu”. Dostał za to nagrodę pocieszenia – statuetkę za najpiękniejszego gola w sezonie. Z tym, że…ten gol raczej nie należał nawet do jego najładniejszych, a co dopiero w całym zestawieniu wszystkich najlepszych bramek. Spory niesmak, wielkie kontrowersje i upokorzony na oczach milionów Salah.

Nie najlepiej szło mu też w lidze. Choć Liverpool notował passę 6 wygranych meczów z rzędu i strzelił 14 bramek, to sam Mohamed zdobył ledwie 3 gole i zanotował jedną asystę. W ostatnich dniach krytyka się wzmogła, bo w minionej kolejce The Reds w ostatnich minutach uratowali remis z Chelsea, a w Lidze Mistrzów przegrali z Napoli, nie oddając nawet celnego strzału. W obu meczach kompletnie wyłączony z gry był właśnie Salah.

 

Egipcjanin nie marnuje nawet okazji, on ich po prostu nie ma. W odwodzie są przeżywający renesans formy Sturridge i zawsze solidny Shaqiri. Salahowi być może pomogłaby krótka przerwa, aby zresetować głowę, bowiem jeśli spojrzymy w statystyki, to Momo nie odbiega liczbowo od Momo z zeszłego sezonu.

 

4.1 – 4.0 w strzałach na mecz, 2.4 – 1.7 w kluczowych podaniach, 2.6 – 2.2 w podejmowanych dryblingach, 0.9 – 0.8 w faulach popełnianych na Egipcjaninie, 1.9 – 2.9 w stratach piłki. Wszystkie statystyki względem poprzedniego sezonu są u Salaha po prostu lepsze. Plotki o kryzysie skrzydłowego Liverpoolu wyśmiewa Jurgen Klopp, porównując bilans piłkarza po 6 pierwszych meczach rok temu i teraz. Również Virgil van Dijk bagatelizuje rzekomy kryzys Egipcjanina. „Mamy za sobą siedem meczów i Mo pracował bardzo ciężko. To wciąż ten sam Salah, potrzebuje tylko trochę szczęścia. Nikt z nas nie martwi się i Mohamed też nie powinien. Walczymy wszyscy razem, my dla niego, a on dla nas.” – powiedział Holender w wywiadzie dla sportsjoe.ie.

 

Jaki ten sezon dla Salaha nie będzie, na pewno ma trudne zadanie, by powtórzyć wyczyn z poprzedniej kampanii. Pamiętajmy, że pobił rekord nie byle kogo, bo Alana Shearera, Cristiano Ronaldo i Luisa Suareza. Nawet jeśli zdobędzie w tym sezonie 25 bramek, ludzie i tak będą kręcić nosem. Tak czy inaczej, Mo ma wszystko, by ponad ten pułap się wybić. Trenera uwielbiającego grać ofensywnie, kolegów stojących za nim murem i wsparcie kibiców The Reds, którym przyświeca hasło „You’ll never walk alone”.