Kolarstwo - MŚ: gwiazdy sezonu świeciły też w Wollongong (podsumowanie)
FGphotographic / CC BY-SA (https://creativecommons.org/licenses/by-sa/4.0)

Kolarstwo - MŚ: gwiazdy sezonu świeciły też w Wollongong (podsumowanie)

  • Dodał: Kacper Adamczyk
  • Data publikacji: 26.09.2022, 19:10

W niedzielę rano polskiego czasu zakończyły się mistrzostwa świata w kolarstwie szosowym, rozgrywane w australijskim Wollongong. Polacy niestety wrócą do kraju bez żadnego medalu, a na Antypodach gwiazdami byli przedstawiciele innych nacji. Zapraszamy na zbiór przemyśleń, dotyczących tegorocznego czempionatu globu. 

 

W elicie kobiet niespodziewane zwycięstwo faworytki

 

Zdaję sobie w pełni sprawę z tego, że ten podtytuł brzmi, jak oksymoron, ale jednocześnie dobrze oddaje atmosferę wokół triumfu Annemiek van Vleuten. Holenderka ma za sobą fenomenalny sezon, najlepszy w historii kobiecego kolarstwa i powinna zgarnąć jakąś nagrodę dla sportowca roku na świecie, chociaż tak pewnie się nie stanie z uwagi na stosunkowo niewielką popularność kolarstwa, zwłaszcza kobiecego, w większości miejsc na kuli ziemskiej. Zawodniczka, która ósmego października będzie obchodzić czterdzieste urodziny w tym sezonie zwyciężyła we wszystkich najważniejszych imprezach wieloetapowych, triumfując w Giro d'Italia, Tour de France oraz Vuelta a Espana. Poza tym dołożyła triumf w monumentalnym Liege-Bastogne-Liege i w sobotę w mistrzostwach świata. Pomimo tego, że przyjeżdżała do Wollongong jako murowana faworytka do złota w wyścigu ze startu wspólnego, to nie miała prawa go wygrać. Wszystko przez kraksę z środowej jazdy drużynowej na czas, gdy Holenderka upadła tuż po zjechaniu z rampy startowej. Badania przeprowadzone w szpitalu wykazały, że van Vleuten doznała złamania łokcia. Z perspektywy zwykłego człowieka występ z takim urazem na tak długim dystansie wydawał się czymś awykonalnym, a także ryzykowaniem własnego zdrowia. Sama 39-latka mówiła, że podczas jazdy towarzyszył jej ból oraz nie mogła stawać w korbach, tylko musiała pozostawać na siodełku, co jest niezgodne z jej stylem jazdy. Pogodzona z swoim stanem zdrowia van Vleuten postanowiła podporządkować się interesowi zespołu i wspierać liderkę Pomarańczowych, czyli Marianne Vos. Ostatecznie, to jednak ona sama pojechała po tytuł, szokując cały kolarski świat. 

 

Można półżartem, półserio stwierdzić, że kontuzja głównej faworytki zagwarantowała kibicom emocje w walce o tęczową koszulkę. Sama van Vleuten przyznała, że bez urazu planowała przeprowadzić decydujący atak na Mount Keira, czyli grubo ponad sto kilometrów przed metą, jeszcze przed wjazdem na miejskie rundy w Wollongong. Znając tegoroczną dyspozycję Holenderki i wiedząc, że na tego typu trasach jest dla rywalek nieuchwytna można zaryzykować tezę, że wówczas reszcie kolarek pozostałby wyścig tylko o srebrny medal. 

 

Tym razem nie można stwierdzić, że 39-latka zwyciężyła, bo była po prostu najsilniejsza w stawce, ponieważ dwukrotnie nie wytrzymywała tempa najlepszych w trakcie wspinaczki pod Mount Pleasant. Swoje zwycięstwo zawdzięcza własnej ambicji i determinacji oraz rywalkom, które nie potrafiły wykorzystać zauważalnej niedyspozycji Holenderki. Dwukrotnie po podjeździe pod Mount Pleasant na czele tworzyła się pięcioosobowa czołówka w składzie: Liane Lippert (Niemcy), Katarzyna Niewiadoma (Polska), Elisa Longo Borghini (Włochy), Cecilie Uttrup Ludwig (Dania), Ashleigh Moolman (RPA) i to właśnie te panie powinny rozstrzygnąć między sobą kwestię podziału krążków. Niestety, też dla polskich fanów, dwukrotnie współpraca w tej grupie nie układała się najlepiej. Ewidentnie oszczędzały się Uttrup Ludwig i Moolman, jakby obawiając się zbyt dużego zmęczenia przed decydującą rozgrywką. Ja tę sytuację nie specjalnie rozumiem, ponieważ było pewne, że cała piątka ma dużo większe szanse na to, żeby stanąć na podium po sprincie z mniejszej grupy, niż z takiej kilkunastoosobowej. Wyżej wymienione kolarki powinny ze sobą zgodnie współpracować i czarowanie rozpocząć najwcześniej kilometr przed kreską. Postąpiły jednak inaczej i nie wykorzystały swojej szansy, tego że liczba kandydatek do medali była przez chwilę ograniczona. Warto w tym miejscu wspomnieć, że w czołówce nie znalazła się żadna Holenderka, co powinno dodawać tylko animuszu zawodniczkom w pierwszej grupie, ponieważ nie ma, co ukrywać tego, że od lat podczas imprez mistrzowskich trwa walka Holenderek z resztą świata. Tym razem ponownie zwycięsko wyszły z niej Pomarańczowe. 

 

Sytuacja, jaka wytworzyła się na trasie wyścigu o mistrzostwo świata nie jest niczym nowym w kobiecym kolarstwie. Ilekroć oglądam rywalizację pań, to można dostrzec, że faworytki nie potrafią często ze sobą współpracować, zaprzepaszczając tym samym szanse na sukces. Odnoszę wrażenie, że u mężczyzn takie przypadki są bardzo rzadkie, a już zwłaszcza jeśli rozważymy ten sobotni. W końcu w odjeździe znalazło się pięć silnych kolarek, każda była z innej nacji i wydawało się, że wszystkie mają interes, aby dojechać razem do ostatniego kilometra i tam rozstrzygnąć miedzy sobą sprawę tęczowej koszulki. 

 

Za to Annemiek van Vleuten poza niesamowitym hartem ducha wykazała się także inteligencją i zmysłem taktycznym. Holenderka od początku mierzyła siły na zamiary, mając pełną świadomość swego stanu zdrowia. Nie zaatakowała na Mount Keira, nie stawała w korbach i na ostatniej pętli, czując moc w nogach zdecydowała się odjechać od swojej liderki. Jedyny atak 39-latka przeprowadziła kilkaset metrów przed kreską i okazał się on decydujący. Sama van Vleuten już za linią mety opowiadała, że była świadoma tego, że z złamanym łokciem nie ma szans w sprinterskim pojedynku z swoimi przeciwniczkami i jedyną jej nadzieją na sukces był długi finisz. Nowa mistrzyni świata idealnie wykorzystała moment zawahania w grupie po dogonieniu wspominanej piątki i niespodziewanie dla szykujących się do sprintu rywalek zaatakowała, a następnie zwyciężyła, pokazując na ostatnim kilometrze, jaką dysponuje mocą pod nogą.

 

Kontrowersje przy triumfie van Vleuten budzi nieregulaminowa długość jej skarpetek, co zostało wychwycone przez arbitrów. Według przepisów za takie odstępstwo jest przewidziana tylko dyskwalifikacja. Holenderka została jednak potraktowana przez sędziów łagodnie, wbrew regulaminowi, ponieważ ukarano ją tylko grzywną. Można dyskutować o sensie tego przepisu, lecz on istnieje i powinien być respektowany przez wszystkie strony zgodnie z łacińską sentencją: "twarde prawo, ale prawo". W tej sytuacji UCI udowodniło, że dla jego oficjeli są równi i równiejsi, bo zapewne zawodniczka z końca stawki zostałaby potraktowane zgodnie z literą prawa. 

 

Postawa Polek

 

Przed rozpoczęciem czempionatu w Wollongong wielu ekspertów mówiło, że polska kadra pań jest najlsilniejsza w historii. Te słowa wypowiedziane z wielu ust mogły wprowadzać kibiców w błąd, ponieważ można było z nich wywnioskować, że nasze reprezentantki są na tyle mocne, aby walczyć, jak równe z równymi z najlepszymi kolarskimi nacjami. Od początku podchodziłem do takich opinii sceptycznie, bo i podstaw nie było do specjalnego optymizmu. Należy w końcu pamiętać, że poza Katarzyną Niewiadomą żadna z Polek nie wyróżnia się na poziomie World Tour, a sukcesy odnoszą w słabiej obsadzonych wyścigach. Jestem w stanie przychylić się do tezy, że była to najsilniejsza kadra pań w naszej historii, jednak cały czas daleko jej do najlepszych. Taką tezę potwierdziła też postawa naszych reprezentantek na Antypodach, bo Katarzyna Niewiadoma została osamotniona już na ponad czterdzieści kilometrów przed metą, gdy w peletonie jechało jeszcze około pięćdziesięciu zawodniczek. 

 

Nie mam zamiaru w tym miejscu krytykować pomocniczek naszej liderki, ponieważ zaprezentowały się one tak, jak się generalnie spodziewałem, tylko od początku nie rozumiałem specjalnego optymizmu wokół jazdy zespołowej naszej ekipy. Tak naprawdę mnie zawiodła tylko Marta Lach i to bardzo poważnie. Zawodniczka, która w moim mniemaniu powinna być ostatnią pomocniczką Katarzyny Niewiadomej odpadła z peletonu podczas wspinaczki pod Mount Keira jako jedna z pierwszych. Ewidentnie to nie był jej dzień. W przypadku normalnej dyspozycji Lach powinna wyprowadzić swoją liderkę na pozycję do ataku na przedostatnim okrążeniu. Z pewnością na rundach w Wollongong jej zabrakło, ale jej nieobecność nie przesądziła o braku medalu dla Polski. 

 

Katarzyna Niewiadoma, czyli liderka reprezentacji Polski na wyścig elity kobiet, zgodnie z tym, co mówiła przed startem dla portalu rowery.org zaatakowała już na przedostatniej rundzie. Agresywny styl jazdy 27-latki może się podobać, ale odnoszę wrażenie, że brakuje jej tego jednego procenta ekstra, aby święcić triumfy. Mam na myśli to, że w wyniku jej ataków rzadko kiedy udaje się Polce urwać wszystkie rywalki. Tak też było w Wollongong, gdy z Niewiadomą uciekły cztery inne zawodniczki. Naszej reprezentantce ewidentnie zależało na powodzeniu tego odjazdu, ale nie wszystkie jej współtowarzyszki chciały się do tego przyczynić, mimo otrzymania szansy na wyciągnięcie wniosków podczas ostatniego okrążenia. Sama zawodniczka mówiła w rozmowie z wspominanym wyżej portalem, że można próbować ataku jeszcze na około stumetrowej hopce na ponad kilometr przed kreską. Ja mając te słowa w pamięci liczyłem, że Niewiadoma w tamtym momencie postawi wszystko na jedną kartę, widząc że pościg traci już tylko kilkanaście metrów i wiedząc, że podczas płaskiego finiszu z kilkunastoosobowej grupy nie ma szans na medal. Zastanawiam się, czy Polce zabrakło paliwa w baku na przeprowadzenie takiej próby, czy może pojawiła się u niej jakaś blokada w głowie. Myślę, że chyba wystąpiło to drugie, bo nawet stara kolarska prawda mówi, że jak nie masz sił, to atakuj

 

W opinii wielu ekspertów Niewiadoma przed rokiem była ewidentnie najsilniejszą zawodniczką w peletonie, ale Holenderki i Włoszki, dzięki znakomitej drużynowej jeździe nie pozwoliły jej samotnie oderwać się od peletonu. Osobiście nie jestem do końca przekonany do takowej oceny sytuacji, ponieważ wówczas Polka ani razu nie zdołała samotnie uciec głównej grupie, tylko zawsze ktoś dawał radę jej atak przetrwać. Tym razem takich opinii chyba nie będzie. Owszem, Polka była jedną z pięciu najsilniejszych kobiet w peletonie w Wollongong, ale nie przełożyło się to na medal. Po zakończeniu wyścigu pojawiły się głosy, że biorąc pod uwagę chociażby dyspozycję Holenderek mogła to być życiowa szansa dla naszej reprezentantki na złoto mistrzostw świata. Z jednej strony jestem w stanie przychylić się do takiego osądu, ponieważ na starcie z powodu pozytywnego wyniku testu na obecność Covid-19 nie stanęła Demi Vollering, a Annemiek van Vleuten ścigała się z kontuzją, ale z drugiej strony w osiągnięciu takiego sukcesu nie sprzyjała Niewiadomej trasa i odległość Mount Pleasant od mety. Nawet, gdyby 27-latce udało się samotnie uciec na ostatnim wzniesieniu, to prawdopodobnie zostałaby doścignięta w płaskim terenie, prowadzącym na kreskę. 

 

W elicie panów prawdziwy nokaut

 

Takiego na reszcie konkurencji dokonał Remco Evenepoel, bo któżby inny. Już dzisiaj można go nazywać żywą legendą dyscypliny po tym czego dokonał w tym sezonie. Wystarczy przytoczyć tylko jedną statystykę. Belg został czwartym kolarzem w historii, który w jednym roku wygrał: wyścig ze startu wspólnego na mistrzostwach świata, jeden z wielkich tourów (Vuelta a Espana) oraz jeden z monumentów (Liege-Bastogne-Liege). Niedzielny występ to był prawdziwy popis tego 22-latka. W końcu zwycięstwo odniósł w swoim stylu, atakując na solo i wyprzedzając drugiego Christophe'a Laporte o dwie minuty i dwadzieścia jeden sekund. Jest to największa przewaga złotego nad srebrnym medalistom od 1968 roku. W przypadku Annemiek van Vleuten można mówić, że wygrała pomimo tego, że rywalki były lepsze, ale przy Evenepoelu takich dyskusji nie ma prawa być, ponieważ w niedzielę nie było silniejszego zawodnika w peletonie, a przeciwnicy tylko z rezygnacją mogli patrzeć, jak odjeżdża im upragniona tęczowa koszulka. 

 

Wyścig ten zaczął się jednak bardzo niespodziewanie, bo od ataku Francuzów pod Mount Keira, ponad dwieście kilometrów przed metą. Co ciekawe, wówczas w pierwszej części peletonu Evenepoel się nie znalazł. Trójkolorowi ewidentnie chcieli uczynić ten dzień bardzo trudnym dla konkurentów, dlatego to właśnie oni inicjowali większość ataków. Ta taktyka wskazuje na to, że ich liderem na pewno nie był szybki Christophe Laporte, czyli ostatecznie srebrny medalista, ponieważ oni starali się od początku ograniczyć liczebność głównej grupy. Chyba nie najlepiej w niedzielę czuli się również obrońca tytułu, Julian Alaphilippe oraz Benoit Cosnefroy, który dwa tygodnie wcześniej wygrał klasyk w Quebecu. Wydaje się, że liderem Francuzów mógł być tego dnia Romain Bardet. Kolarz na co dzień, jeżdżący w barwach Team DSM był w dwóch najważniejszych akcjach, gdy jego koledzy dyktowali mocne tempo na Mount Keira i kiedy za sprawą jego rodaka, Quentina Pacher utworzyła się grupa, z której następnie uciekł Evenepoel. Bardet jako świetny góral nie najlepiej odnalazł się podczas walki na płaskim terenie, czyli tam, gdzie odjechali Belg z Alexey Lutsenko, a także następna czwórka zawodników. Szacunek należy się Trójkolorowym za to, że jechali aktywnie i ostatecznie sięgnęli po srebrny medal, ale Romain Bardet nie miał realnych szans, aby stanąć na podium podczas rywalizacji na rundach w Wollongong. Temu kolarzowi odpowiadała Mount Keira, a nie Mount Pleasant, więc konsekwentne stawianie właśnie na niego musiało świadczyć o słabej dyspozycji dnia Alaphilippe'a i Cosnefroy oraz traktowaniu Laporte'a tylko jako opcji rezerwowej. 

 

Wracając jednak do Evenepoela trzeba przyznać, że miał on trochę szczęścia w tym, że dane mu było pokazać całemu światu, kto jest obecnie najlepszy. W końcu Belgowie nie mogli gonić odjazdu, zawiązanego na Mount Keira, ponieważ znajdował się tam ich drugi lider, Wout van Aert, ale zrobili to Niemcy. Drugi raz fortuna uśmiechnęła się do 22-latka, gdy znalazł się w najważniejszej ucieczce, bo wówczas nie było tam van Aerta, a lista reszty rywali nie wyglądała imponująco. Prawdopodobnie Evenepoel wygrałby nawet, jeśli w owej grupie znaleźliby się Michael Matthews (Australia) czy Tadej Pogačar (Słowenia), ale gdyby był w niej van Aert, to sprawy mogłyby potoczyć się inaczej. W końcu to van Aert mógłby wówczas przeprowadzić decydujący atak, a Evenepoel nie miałby prawa go gonić. 

 

Remco Evenepoel wygrał całkowicie zasłużenie, ale było kilku kolarzy, którzy zawiedli. Mam tutaj na myśli: Cosnefroy, Pogačara, Etana Haytera (Wielka Brytania) czy Matheu van der Poela (Holandia). Żaden z nich nie odegrał istotnej roli na trasie wyścigu. Z tego grona w kamerze telewizyjnej widoczny był chyba tylko Pogačar, ale można było zauważyć, że Słoweniec nie jest w najwyższej dyspozycji. Za to van der Poel, to osobna, kuriozalna historia. Trzeba w jej kontekście przyznać, że Holender zawalił ten start już w hotelu, zachowując się bardzo nieodpowiedzialnie, gdy popchnął dwie nastolatki, które swoim pukaniem do jego drzwi nie pozwalały mu spać. Niestety w taki sposób 27-latek nie rozwiązał problemu, tylko go zaognił. Następnie po nieprzespanej nocy nie był gotowy, także mentalnie, na walkę o tytuł mistrza świata i zszedł z trasy po niecałych trzydziestu kilometrach. Za to pierwszej "dziesiątce" rywalizację ukończył Peter Sagan, co należy odnotować. Ten sezon dla Słowaka jest fatalny, chociażby z uwagi na problemy zdrowotne, ale zdołał przygotować formę na swoją chyba ulubioną imprezę, czyli mistrzostwa świata i pozytywnie zaskoczyć. Ten wynik pokazuje, że Sagan jeszcze się nie skończył.

 

Postawa Polaków

 

Wiele dyskusji już przed samym czempionatem globu wywołał temat składu męskiej części naszej reprezentacji. Z rankingu przysługiwało nam sześć miejsc, ale do Australii poleciało tylko trzech kolarzy. Powodem tego są oczywiście problemy finansowe związku, a także rezygnacja z startu na Antypodach Rafała Majki i zwłaszcza Michała Kwiatkowskiego. Myślę, że gdyby ten drugi był w formie, to do Wollongong przybyłoby sześciu zawodników, w tym pięciu do pomocy popularnemu "Kwiato". Wraz z jego wycofaniem stało się jasne, że Polska w tej imprezie nic nie zdziała i dlatego w daleką podróż wysłano tylko trzech kolarzy: Łukasza Owsiana, Maciej Bodnara i Stanisława Aniołkowskiego. Nasi kadrowicze od początku podkreślali, że nie lecą na drugi koniec świata na wycieczkę, ale aby się pokazać i dać z siebie wszystko. Z tego zadania wywiązali się bardzo dobrze. Owsian znalazł się w ucieczce i jechał w niej przez wiele kilometrów, będąc jednak słabszym od większości swoich współtowarzyszy odjazdu. Osobiście liczyłem na to, że Polak będzie w stanie dłużej utrzymać się z innymi harcownikami. Być może kolarz grupy Arkea-Samsic za dużo pracował w ucieczce, ponieważ gdy kamera telewizyjna pokazywała pierwszą grupę, to na jej czele najczęściej był właśnie nasz reprezentant albo po prostu tegoroczna forma Owsiana nie jest zadowalająca i pozwoliła mu tylko na tyle, co zdołał pokazać. 

 

Pozostała dwójka Polaków znalazła się w peletonie i starała się jechać w nim stosunkowo wysoko. Jednak gdy doszło do mocniejszego przyspieszenia, to Biało-czerwoni już go nie przetrwali. Najpierw z głównej grupy odpadł Bodnar, a następnie Aniołkowski. Ten drugi liczył na sprint po medale z peletonu, ale niestety nie prezentuje jeszcze poziomu Sagana, Laporte'a czy Matthews'a i nie zdołał znaleźć się z nimi w jednej grupie. 25-latek odpadł z peletonu na niecałe trzydzieści kilometrów przed metą, co jest stosunkowo dobrym wynikiem, ponieważ obawiałem się, że ten moment nastąpi wcześniej. W taki sposób Aniołkowski przetrwał w głównej grupie dłużej, niż wszystkie pomocniczki Katarzyny Niewiadomej. Biorąc pod uwagę wszelkie okoliczności, to trudno jest krytykować naszych zawodników, bo pojechali na miarę oczekiwań i możliwość. Oczywiście smutno powinno być każdemu polskiemu kibicowi, że najlepszy z Polaków kończy wyścig o mistrzostwo świata na 76. miejscu, a w całym kraju mamy tylko dwóch mężczyzn, mogących przy dobrym dniu walczyć z światową czołówką. Gdy ich brakuje, to obraz polskiego kolarstwa szosowego okazuje się być bardzo marny, ale nie jest to nowy wniosek.  

 

Inne konkurencje

 

Szczerze przyznam, że po raz pierwszy podczas tych mistrzostw miałem okazję obejrzeć sztafetę mieszaną, czyli młodą konkurencję, która zastąpiła jazdę drużynową na czas zespołów zawodowych. Moim zdaniem jest to dobra droga i nią powinno podążać UCI. W końcu czempionat globu, to rywalizacja ekip narodowych, więc rozgrywanie podczas niej zmagań klubowych było czymś absurdalnym. Za to wprowadzona w jej miejsce sztafeta mieszana okazuje się być pomysłem świeżym i ciekawym, wpisującym się w koncepcję równouprawnienia płci, propagowaną przez MKOL, co może być przydatnym argumentem przy ewentualnej próbie dołączenia tej konkurencji do programu igrzysk olimpijskich w dalszej przyszłości. W dodatku każdej nacji łatwiej jest wystawić trzy kobiety i trzech mężczyzn, niż po sześć osób obu płci. Oczywiście ta rywalizacja nie jest jeszcze przez wszystkie państwa traktowana poważnie, ale uważam, że w przyszłości będzie z tym coraz lepiej, gdy ona jeszcze bardziej okrzepnie w świadomości zawodników i fanów. Sam przebieg tej konkurencji w Wollongong pokazał, że może być ona ciekawa i przynosić niespodzianki, bo kto w końcu stawiał na końcowy triumf Szwajcarii. 

 

Tego samego dowiodła jazda indywidualna na czas mężczyzn. W świadomości wielu osób osadziła się opinia, że "czasówki" są generalnie nudne, bo jest to konkurencja zbyt wymierna, aby wygrał ją ktoś spoza wąskiego grona faworytów. Tymczasem pierwszy etap tegorocznego Tour de France, w Kopenhadze niespodziewanie wygrał Yves Lampaert (Belgia), a w Wollongong sensacyjnym mistrzem świata został Tobias Foss (Norwegia). 25-latek już od pewnego czasu był uznawany za dobrego fachowca od samotnej walki z tykającym zegarem, ale nie takim aż, żeby stanąć na podium czempionatu globu, nie mówiąc już o założeniu tęczowej koszulki. W to, co się wydarzyło nie mógł uwierzyć też już po wszystkim sam Foss. To właśnie Norweg najlepiej rozłożył siły spośród całej stawki i na ostatnim odcinku wyprzedził Stefana Künga. O tym, jak dobrze pojechał 25-latek świadczą słowa trzeciego na mecie Remco Evenepoela. Belg powiedział, że pod względem suchych danych nigdy nie zaliczył lepszej "czasówki", a zajął dopiero trzecią lokatę. Zresztą mistrz świata ze startu wspólnego jako czwarty kolarz w historii podczas jednych mistrzostw zdobył medal zarówno w wyścigu ze startu wspólnego, jak i w jeździe indywidualnej na czas. Nietypowo krótka, jak na męskie "czasówki" na czempionacie globu rywalizacja udowodniła, że tę konkurencję da się lubić. 

 

Z tych mistrzostw na pewno zapamiętam nazwisko Zoe Bäckstedt, ponieważ Brytyjka w kategorii juniorek sięgnęła po dwa złote medale i zrobiła to, czego nie osiągnęła rok wcześniej, gdy zwyciężyła w wyścigu ze startu wspólnego, ale na czas była druga. Tym razem nie pozostawiła rywalkom żadnych złudzeń, miażdżąc je w obu konkurencjach. Imponujące było zwłaszcza to, co zrobiła w sobotę, gdy uciekła przeciwniczkom już na pierwszej rundzie, po zaledwie dziesięciu kilometrach. Bäckstedt zbudowała sobie dużą przewagę, a potem tylko kontrolowała sytuację, specjalnie się nie wysilając. Można powiedzieć, że triumfowała w stylu wielkich Holenderek, Annemierk van Vleuten czy Anny van der Breggen. Ciekawe, czy 18-latka okaże się tak samo mocna już za kilka lat w wyścigach elity. 

 

W polskiej reprezentacji najlepiej wśród seniorek spisała się Katarzyna Niewiadoma, zajmując ósme miejsce, ale nasza kadra zanotowała wśród pań jeszcze lepsze rezultaty w młodszych kategoriach wiekowych. Malwina Mul była szósta w wyścigu ze startu wspólnego juniorek po bardzo aktywnej jeździe, a Marta Jaskulska wśród orliczek została sklasyfikowana na piątej lokacie w "czasówce". Ten ostatni wyczyn mógł uciec wielu kibicom z uwagi na dość niezrozumiałą decyzję UCI, ponieważ zawodniczki w kategorii do lat dwudziestu trzech startowały razem z seniorkami, gdzie Polka była 21. Właśnie ten wynik poszedł w świat, bo same władze kolarskie nie zadbały o godną oprawę tej konkurencji, tak jak to odbywa się u mężczyzn. W tym momencie osoby decyzyjne muszą wybrać, czy rezygnują z przyznawania medali orliczkom, czy organizują dla nich osobną rywalizację. Jeszcze bardziej kuriozalny obrót ta sprawa przybrała w wyścigu ze startu wspólnego, ponieważ wiele zawodniczek z kategorii do lat dwudziestu trzech pomagało swoim liderkom w rywalizacji seniorek, tracąc tym samym szanse na walkę o tęczową koszulkę. W obecnym formacie ta rozdawanie medali w tej kategorii wiekowej nie ma po prostu sensu.

 

Podsumowując za to krótko start naszej reprezentacji należy powiedzieć, że gdy nie ma Rafała Majki i Michała Kwiatkowskiego, to polskie kolarstwo kobietami stoi, ponieważ juniorzy i orlicy z różnych przyczyn spisali się bardzo słabo.