Łyżwiarska Liga Mistrzów #1, czyli... rozmowa z Magdaleną Czyszczoń

Łyżwiarska Liga Mistrzów #1, czyli... rozmowa z Magdaleną Czyszczoń

  • Data publikacji: 16.05.2018, 22:31

Rozpoczynamy serię artykułów "Łyżwiarska Liga Mistrzów", które od teraz będą pojawiały się na portalu w każdy wtorek i środę. Pierwszego dnia podsumujemy to, co stało się na przestrzeni tygodnia. Drugiego zaś przygotuję dla Was ciekawą analizę lub rozmowę. Na pierwszy ogień wywiad z niezwykle utalentowaną, młodą łyżwiarką, która debiut olimpijski ma już za sobą. Magdalena Czyszczoń opowiedziała o tym, jak zaczęła się jej przygoda z łyżwami oraz o igrzyskach w Pjongczangu. Poznajcie dziewczynę, która zawita jeszcze do łyżwiarskiego panteonu.

 

 

Dawid Brilowski, Poinformowani.pl: Czym się zajmujesz, poza łyżwami?


Magdalena Czyszczoń: Lubię rysować, słuchać dobrej muzyki, chodzić na spacery do lasu.


Jakiej muzyki słuchasz?


Wszystkiego po trochu.


Nie masz jakichś ulubionych zespołów?


Bardzo lubię góralskie zespoły, tę muzykę. Chciałabym nauczyć się grać na skrzypcach, takie marzenie z dzieciństwa.

 

Jesteś bardzo zżyta z regionem, z którego pochodzisz...

 

Nie jestem bardzo zżyta. Nie mówię gwarą. Jej trzeba się nauczyć, a w dzisiejszych czasach nie jest ona na tyle popularna jak za dawnych czasów. Klasyczna gwara góralska jest trudna do zrozumienia, ale też do wypowiedzenia. Czasami w żartach coś po góralsku powiem...

 

Próbowałaś się jej kiedyś uczyć?

 

Uczęszczałam kiedyś do regionalnego zespołu „Mały Giewont” w Zakopanem, jednak sport wygrał.

 

A jeśli chodzi o rysowanie?

 

Rysuję wtedy, kiedy najdzie mnie ochota. Preferuję zwykłe kredki. Kiedy byłam młodsza rysowałam pastelami, jednak ta kredka i biała kartka bardzo mi pomaga. Pozwala mi to w jakiś sposób pozbyć się negatywnych emocji. Mój dobry kolega napisał, że mam kreskę kubizmu, czyli nurtu z czasu Młodej Polski. I jak zaczęłam się przyglądać obrazkom z tamtej epoki - mogę przyznać, że ta kreska jest podobna. (śmiech)


Odreagowanie przez sztukę?

 

Jako młodsza dziewczyna chciałam pójść do szkoły artystycznej, ale sport wziął górę. Jestem osobą, która nie potrafi siedzieć w miejscu i musi się stale ruszać.

 

Widać to po Tobie. Jesteś z Zakopanego, rozmawiamy w Warszawie. Jeszcze dodatkowo w Katowicach studiujesz...

 

Tak, jestem na wychowaniu fizycznym na AWF-ie w Katowicach.

 

Ciężko jest łączyć to wszystko?

 

Po półrocznej przerwie nie jest łatwo wrócić i siedzieć znów nad książkami, gdzie człowieka aż rwie, żeby się poruszać. Jest to na pewno jeden z twardszych orzechów do zgryzienia – łączenie studiów i profesjonalnego sportu.

 

Kiedy przez pół roku jesteś w sezonie trudno połączyć studia, dom i zawody. Szczególnie, że każde z nich jest w innym miejscu. Trzy różne życia?

 

Możliwe, że tak. Zawsze jest większa chęć, żeby pomóc bliskim, gdy nie ma cię w domu 260 dni, a potem wpadasz na chwilę do swojej miejscowości. Nie wiesz za co się zabrać – pomóc mamie, tacie, załatwić jakieś swoje sprawy czy pójść na trening...

 

Jak wygląda u Ciebie Boże Narodzenie?

 

W tamym roku miałam bardzo wyczerpujący sezon i wpadłam do domu 23 grudnia, po ponad półtoramiesięcznej nieobecności, na trzy czy cztery dni. Wszystko na wariackich papierach. Ale każdy robi to co kocha i trzeba się z tym pogodzić.

 

A Ty kochasz jeździć.

 

Kocham się ruszać. Padło na łyżwy i tak zostało.

 

Więc skąd wzięły się łyżwy?

 

W 2008 roku zaczęłam uczęszczać do Szkoły Mistrzostwa Sportowego w Zakopanem. Absolwentami tej szkoły są Justyna Kowalczyk, Kamil Stoch czy Konrad Niedźwiedzki. Jest to bardzo perspektywiczna szkoła, wychowująca młode talenty i przyszłych mistrzów. Polecam wszystkim! Teraz się rozbudowała – powstała nowa sala gimnastyczna i warunki, które mają są rewelacyjne. Ja im zazdroszczę, że jako mała dziewczynka nie miałam takich możliwości. I trzymam kciuki za całą placówkę, żeby się rozwijała. A dlaczego łyżwy? Jakoś od dziecka jeżdżę na łyżwach i chociaż w sercu mam też bieganie, trzeba było coś wybrać.

 

Narty nie kusiły?

 

Narty były dla mnie bardzo drogim sportem, jeśli chodzi o zjazdowe narciarstwo. Co do biegów narciarskich – nie byłam przekonana. Pomimo, że kocham biegać, narty biegowe na nogach mi nie odpowiadały. Miałam wiele propozycji, żeby spróbować tego sportu, ale nigdy nie skorzystałam. Czasami sobie wyjdę na biegówki, ale to w ramach roztrenowania albo jakiejś przerwy w sezonie dla odpoczynku od lodu.


Skoro już łyżwy, to dlaczego długie dystanse? Kiedy odkryłaś, że to jest to, w czym się najlepiej czujesz?

 

Nie mam predyspozycji sprinterskich i nigdy w tych krótkich biegach mi nie wychodziło. Śmieję się czasem do swojej reprezentacyjnej koleżanki – Kai Ziomek, która potrafi się bardzo zmęczyć na swoim dystansie 500 metrów i doprowadza na nim organizm do granic możliwości. To tylko okrążenie i sto metrów. Ja w tym czasie nie potrafię się nawet rozpędzić. Z mojego doświadczenia, moich odczuć i wyczucia organizmu, ja zaczynam atakować mniej więcej na piątym kole, jeśli chodzi o bieg na 5000 metrów. Na tym dystansie trzeba jak najmniejszym wysiłkiem przejechać pierwsze trzy kilometry i później decydująca walka jest na ostatnich dwóch kilometrach. Różnie to wychodzi – zależy od dyspozycji, szczęścia, całego biegu, emocji, koncentracji i danego punktu ataku.


Masz czasami tak, że w końcówce sezonu masz już dość ścigania się na lodzie?

 

Tak. Jednak organizm dużo o sobie mówi i pewnych rzeczy fizjologicznych nie przeskoczymy. Psychicznie też czasami człowiek jest zmęczony, a głowa jest najważniejsza.

 

I popada się w rutynę?

 

Zawsze można zmienić jakieś ćwiczenie, żeby nie było nudne.

 

Nie mówię nawet o ćwiczeniu, ale o samym jeżdżeniu. Ciągle w lewo, ciągle w kółko.

 

My jeździmy prosto i w lewo, w kółko. A pływacy muszą w basenie pływać w tę i z powrotem. Takie jeżdżenie mi nie przeszkadza – nie kręci mi się w głowie, więc nie jest najgorzej (śmiech).

 

Ale mówiąc całkiem serio – zrobić 5000 metrów jadąc monotonnie w kółko to wyczyn. Ja, jak biegam po mieście, zdecydowanie wolę biec jakąś ciekawą trasą, niż w kółko po bieżni – tak szybciej się męczę.


Zależy od psychiki i od tego, jakie masz nastawienie. Jeśli lubisz swoją pracę, wykonujesz ją z przyjemnością. Kiedy biegam, też wolę biegać w terenie, zrobić większą pętlę i mieć urozmaiconą trasę, niż biec po stadionie lekkoatletycznym. Jednak na łyżwach nie mam innego wyjścia. Nie próbowałam jeszcze nigdy startować w żadnych maratonach w kanałach w Holandii. Ale myślę, że to wszystko przede mną. Śmiałam się nawet z Kasią Bachledą-Curuś, że wystartujemy kiedyś na Bajkale – 5 kilometrów lub więcej.

 

A w Wyścigu Jedenastu Miast chciałabyś w przyszłości wystartować?

 

Jak zdrowie pozwoli, to czemu nie.

 

Wspomniałaś o psychice. To można jakoś ćwiczyć czy zależy to indywidualnie od człowieka?

 

Żyjemy w takich czasach, w których myślę, że głowa robi największą pracę. Trzeba nad tym pracować. Jak sobie wizualizujesz różne sytuacje wyścigu albo treningu. To jak najbardziej pomaga.

 

Ja powtarzam, że praca psychologa jest chyba najbardziej niedocenianą w polskim sporcie. Nie tylko w łyżwiarstwie. A propos – interesujesz się jakąś inną dyscypliną sportu?

 

Bardzo lubię oglądać i kibicować polskim reprezentantom we wszystkich zawodach. Kocham lekkoatletykę. Oglądam też skoki, biegi narciarskie i trzymam mocno kciuki za nasze gry zespołowe.

 

Co Cię wciągnęło w lekkoatletykę?

 

Jako dziecko bardzo dobrze biegałam. Myślałam, że to będzie moja przyszłość, ale okazało się inaczej – w Zakopanem nie miałam możliwości rozwijania się pod tym kątem. Więc poszłam na łyżwy. Zaczęło wychodzić, dostałam szansę współpracy z trenerem Krzysztofem Niedźwiedzkim w 2014 roku, po ukończeniu liceum. Dałam sobie czas do igrzysk. Powiedziałam: spróbuj, jeśli ci wyjdzie – super i jeśli dalej będzie wychodzić, to będziesz w to brnąć. A jeśli nie, poszukasz czegoś innego.


Do tematu igrzysk jeszcze dojdziemy. Póki co chciałem podpytać o początek sezonu. Był to jeden z najdłuższych sezonów w Twojej karierze.

 

Nawet najdłuższy. W połowie października zaczęliśmy startować w Inzell na kontrolnych zawodach. Z końcem października były pierwsze Mistrzostwa Polski na krytym torze w Tomaszowie Mazowieckim. Później zaczęły się Puchary Świata. Pierwszy był w Heerenveen, drugi w Stavanger. Później Calgary i Salt Lake City. Po tych startach miałam ponad trzytygodniową przerwę. W tym czasie byłam na rowerze na Gran Canarii, żeby trochę zmienić otoczenie i zejść na chwilę z lodu. Wróciłam na święta, później był obóz w Zakopanem, przygotowujący do Mistrzostw Europy na Dystansach w Kołomnie, które były na początku stycznia. Po Mistrzostwach Europy obóz w Inzell i kolejny Puchar Świata. Po nim ślubowanie w PKOl-u i 31. stycznia wylot na Igrzyska do Pjongczang.


Wrócę do pierwszych Pucharów Świata, które były dla Ciebie takim przetarciem, a wypadły naprawdę dobrze.

 

Miałam tam cele nie tylko w mass starcie. Mimo to jestem sama sobą zaskoczona, że w eliminacjach byłam druga. Kolejnego dnia, na finale... upadłam – pierwszy raz w tym sezonie. Tamten upadek dał mi igrzyska, z czego się bardzo cieszę.

 

Taka klamra – upadek dał Ci igrzyska, a potem na igrzyskach...

 

Twierdzę, że może tak musiało być. Dużo jeszcze przede mną – nad wieloma rzeczami muszę jeszcze popracować. Sport jest nieprzewidywalny, nieraz trafia na nas. Trzeba to przyjąć i z tym żyć. Sport jest piękny, nie tylko przez wygrywanie. Ta cała droga, która jest – porażki, upadki, łzy i ból – jest jedną z najlepszych rzeczy, która nas spotyka, żeby tam gdzieś wejść na szczyt. A jeszcze trudniejszą pracą jest wejście na szczyt i utrzymanie się na nim, bo od takiego mistrza wszyscy będą później dużo wymagać. Sam mistrz musi od siebie wymagać, musi się utrzymać na górze tego tortu, gdzie jest ta wisienka. Pomimo tego, że cały tort - który jest ciężkim doświadczeniem, wyrzeczeniem i tą pracą - jest czasem przez nikogo nie dostrzegany, bo każdy widzi tylko tę wisienkę.


Ten upadek wraca nam jak bumerang, a chciałem przeanalizować sezon od początku. Lecimy do kolejnych Pucharów Świata. Jak je w ogóle traktowaliście? W sezonie olimpijskim są ważne, bo to kwalifikacje na IO, ale też jednocześnie trzeba formę szykować właśnie na igrzyska, a nie na Puchar Świata.

 

Był to wyjątkowy sezon pucharowy. Każdy chciał wypaść jak najlepiej na pierwszych dwóch pucharach w Europie, bo liczyły się punkty. Kolejne dwa puchary rozgrywane za oceanem, w Calgary i Salt Lake City, były ważne dla nas ze względu na ranking czasowy. To były kluczowe starty, gdzie trzeba było zawalczyć o swoje marzenia.

 

Rzeczywiście, w Ameryce macie lepszy lód do ścigania. Czy ten fakt rekompensuje długą, męczącą podróż?

 

To zależy od tego w jakiej dyspozycji jestem. Jeśli jestem w najlepszej możliwej danej dyspozycji swojego organizmu, to tak. Ale jet lag i inne jedzenie nieraz mocno wszystko komplikują. Niezależnie od wszystkiego, zawsze wygrywa najlepszy.

 

Między blokiem Pucharów Świata a Igrzyskami Olimpijskimi były jeszcze Mistrzostwa Europy w Kołomnie. Tam zajęłaś 6. miejsce. Myślę, że był to dla Ciebie duży zastrzyk dobrej energii przed wylotem na igrzyska.


Tak. To były bardzo fajne zawody, świetna atmosfera. Myślę, że ten bodziec rzeczywiście dużo mi dał – pokazał, że mogę być odważniejsza w mass starcie i naprawdę pokazać się z jak najlepszej strony.

 

Kiedy tam jechałaś, myślałaś o tym, żeby zrobić tego typu wyniki? Jednak było to tuż przed wylotem na igrzyska. Miałaś jakiś plan minimum, czy jechałaś po to, żeby dać z siebie maxa?

 

Nie miałam żadnych założeń miejscowych. Nigdy nie można być pewnym wyniku. Każdy zawsze w głębi duszy chce mieć medal. Ja wychodzę na lód i daję z siebie 100%, a na ile to wystarczy, to okazuje się na mecie.

 

Na igrzyska też poleciałaś po to, żeby dać z siebie 100%?

 

Założenie miałam takie, żeby się dostać do finału. Był upadek, wiele nie mogłam zdziałać. Dobrze, że udało mi się dogonić peleton. To jest straszny wysiłek. Jeśli człowiek wywróci się już zmęczony, kwas tak skacze do góry, że nie ma się siły wstać, a co dopiero żeby wstać i zacząć gonitwę. W tej sytuacji nie walczy się z rywalkami, tylko z samą sobą, bo głowa zawsze będzie ci mówić „nie”.


Co pomyślałaś, kiedy się przewróciłaś?


Pomyślałam: „Znowu? Dlaczego? Czy to musiało się stać?”. Ale po chwili pomyślałam: „Wstań i spróbuj. Mają cię tylko nie zdublować”. Potem sama nie wierzyłam, że dogoniłam te dziewczyny i wyszłam na prowadzenie, żeby spróbować zaatakować na punkty. Jednak nie było na tyle sił w nogach, żeby to zrobić. Dziewczyny zaczynały wtedy sprint na kółko punktowane - zazwyczaj wychodzi to tak, że ucieczka zaczyna się dwa koła przed punktowanym okrążeniem. Jak już mnie wyprzedziły, obiecałam sobie, że dojadę mimo wszystko do mety, nawet na ostatniej pozycji... Cieszę się, że w ogóle mogłam wystartować na igrzyskach, bo to marzenie każdego sportowca. Nie każdy jedzie tam po medal. Igrzyska zawsze rządzą się swoimi prawami i na faworyta czasami nie wypada wygrana, są niespodzianki.


Myślę, że macie w Waszej dyscyplinie trochę pecha, bo kwalifikacje u Was są dużo trudniejsze, niż w większości dyscyplin drużynowych, a gdy już wywalczycie kwalifikacje często macie przed sobą tylko jeden przejazd i to od niego zależy jakie wrażenie po sobie pozostawicie.

 

Miałam taką sytuację w tym roku, że zrobili kwalifikacje na 5000 metrów w Stavanger. Tam był jedyny bieg na tym dystansie w Pucharze Świata w roku 2017. Pozostała część rankingu była brana z punktów, które zdobywałyśmy na 3000 metrów. Nie starczyło mi, żeby być w tym rankingu w najlepszej dwunastce na świecie i nie mogłam wystartować na nim na igrzyskach. Byłam bodajże piątą rezerwową, po relokacji zostałam drugą. Jest to trudne – ciężko porównywać dystanse 5000 i 3000 metrów. Walka na 5000 metrów zaczyna się tam, gdzie na 3000 praktycznie się kończy. Pięć kółek do końca jest bardzo ważne – to one na 5000 metrów decydują o tym, jaki będzie ostateczny wynik na mecie.

 

Mówisz, że trudno porównać 5000 i 3000. A da się porównać 5000 i mass start, czyli dwie „Twoje” konkurencje? W mass starcie jedzie jednak większa grupa.

 

Przy 5000 metrów, jeśli mamy równą rywalkę, jedziemy w parze i możemy się między sobą sprawdzać i rywalizować. Bieg masowy jest całkiem inny. Jest to bieg interwałowy, na którym punktujemy na czwartym, ósmym i dwunastym kole, przy czym i tak punkty zdobyte w ten sposób nie wystarczają do pozycji medalowej. Na podium stają dziewczyny, które są szybsze „na kresce” - zazwyczaj są to sprinterki, które potrafią wykorzystać inne rywalki do tego, aby „przewieźć się” przez 14 okrążeń i na dwa okrążenia do końca odpalają totalny sprint. Dla mnie to trudne – ja nie specjalizuję się w szybkości i muszę mieć nieco inną taktykę.

 

Sezon zakończyłaś przywożąc worek złotych medali z Akademickich Mistrzostw Świata, które odbyły się w Mińsku. Jesteś najszybszą studentką świata. Jaką rangę miała dla Ciebie ta impreza? Czy to po prostu piękne zakończenie sezonu, czy coś więcej?

 

Najlepszą nagrodą za ciężką pracę, jaką zrobiłam. Sama się nie spodziewałam, że z tej rangi zawodów przywiozę trzy medale – i to jeszcze złote.

 

Szkoda, że tyle na tę nagrodę musiałaś tyle czekać, a nie przyszła ona już podczas igrzysk...

 

To co jest wyczekane, to jest najpiękniejsze. Sukces nie może przychodzić za szybko – na wszystko trzeba sobie zapracować, trochę wycierpieć. Każdy po igrzyskach mógłby się rozluźnić i nie trenować dalej, ale ja wiedziałam, że to są dla mnie ważne starty i muszę wytrzymać jeszcze miesiąc.

 

Dzięki temu jesteś najlepsza na świecie wśród studentów.

 

Czuję się... normalnie. Ja po prostu wystartowałam. A to, że mam ten medal? Zawsze staram się pracować najlepiej jak potrafię. Medale to część sportu, ale nie jeżdżę nigdy tylko dla medali. Zawsze jeżdżę z pasją, kocham to robić.

 

Jakie plany na przyszłość?

 

Każdy chce być najlepszy w tym, co robi. Chcę być jak najlepszą wersją siebie. Chcę być sama ze sobą szczęśliwa. Dostałam taki dar od Pana Boga, że jestem zdrowa i mogę robić to, co kocham.